-Halo?
-Cześć Carl, tu Hermiona. Przepraszam,
jeśli cię obudziłam. Pewnie odsypiałeś nocny dyżur.
-Trafiłaś w sedno, ale mów, w
jakiej sprawie dzwonisz i lepiej żeby to było coś ważnego, bo będziesz mnie
miała na sumieniu, kiedy wykorkuje na Sali operacyjnej.
-O to się nie martwię gdyż mam
ci do zaoferowania wspaniałą, wolną noc.
-Czy to jakaś aluzja?
-Tylko i wyłącznie do tego, że
masz okazje się wyspać. Przejmuję twój dyżur nocny.
-A to, z jakiej racji?
-Mam swoje powody i nic się nie
martw. Normalnie zostajesz w papierach zapisany ty, więc będziesz miał do
przodu 12 godzin. –Kiedy cisza po drugiej stronie się dłużyła-kontynuowała. –No
dalej, nic nie tracisz, a ja i tak na noc bym tu została.
-Za niedługo wyjdziesz za mąż za
swoje dokumenty. Nie dopytuje już o nic i idę spać, o dobra kobieto. Dobranoc!
–Usłyszała dźwięk informujący, iż rozmowa dobiegła końca. Z uśmiechem na twarzy
zabrała się za kolejne dokumenty, które mnożyły się podczas jej nieobecności w
gabinecie za pewne sprawą Vivianne- recepcjonistki oddziału pozaklęciowego.
Pielęgniarki obiecały wysłać jej patronusa, kiedy będą w nocy wybudzać Ali by
podać jej leki. Pomimo, że nie była tego świadoma to jej sen był skutkiem
zamierzonym spowodowanym specjalnym eliksirem, który regeneruje organizm
podczas snu.
O godzinie 20 przyszedł czas na obchód. Gdy Hermiona wychodziła z
gabinetu zakręciło jej się w głowie. Uświadomiła sobie, że nie zjadła dzisiaj
nawet lanczu. Poszła do automatu i zjadła pierwszego lepszego batonika
wysokokalorycznego. Od razu poczuła się lepiej. Całodzienny dyżur dał jej w
kość i chętnie bliżej poznałaby się ze swoim wspaniałym łóżkiem, ale musiała
się pocieszyć dużym kubkiem kawy po skończonym dyżurze. Gdy była już w bufecie
zobaczyła Therese- pielęgniarkę z oddziału zakażeń magicznych. Doszła do
wniosku, że jej żołądek po całym dniu zasłużył na normalny posiłek. Zamówiła
sałatkę i przysiadła się do znajomej.
-Jak tam u was? Na razie spokojnie? –Brunetka szeroko uśmiechnęła się
na widok Hermiony.
-Chwilowo, ale około północy zjawi się u nas trzech nowych pacjentów.
Przenoszą ich z Austrii. Tak właściwie nie wiemy, czego się spodziewać, nijak
nie możemy się dogadać. Ech… Europejczycy…
-Czyli jednym słowem naładowujesz akumulatory na całą noc? –Hermiona
wskazała na jedzonego przez Therese kurczaka.
-Coś w tym stylu. A jak tam u was?
-Cisza przed burzą. U nas ruch się robi nad ranem.
-To życzę wytrwałości, bo nie wyglądasz za dobrze. Jedna kawa może ci
nie wystarczyć.
-Złego diabli nie biorą –puściła oczko brunetce.
-Mówię serio, bo Dominic wydłubie oczy osobie, która będzie w twojej
najbliższej okolicy.
-No to trzymaj się dzisiaj ode mnie z daleka. –Obie wybuchnęły gromkim
śmiechem.
Plotkowały póki nie skończyły jeść. Pożegnały się buziakiem i rozeszły,
każda w swoją stronę. O godzinie 3 zmaterializował się przed Hermioną patronus
w postaci nietoperza, co od razu skojarzyło jej się ze Snape’em. Na jej twarz
wypłynął lekki nikły uśmiech. Zmęczenie dawało o sobie znać, więc jej
nierozłącznym towarzyszem tej nocy była mocna kawa- już chyba czwarta tej nocy.
-Wybudzamy Alice. –Gacek przemówił głosem Idy- pielęgniarki z
dzisiejszej nocnej zmiany.
Hermiona ruszyła szybkim krokiem w stronę Sali numer 19. Kiedy
przekroczyła próg dziewczynka zaczynała się powoli przebudzać, ale nadal miała
zamknięte oczy. Usiadła na krześle obok łóżka i ujęła dłoń czarnowłosego
aniołka.
-Hermiona? Hermiona? –Zaczęła mamrotać na pół przytomna dziewczynka.
-Jestem tu. –Powieki Alice uniosły się ukazując czarne jak węgiel
źrenice. –Jestem przy tobie. –Z niewiadomych przyczyn Hermiona czuła się
odpowiedzialna za tą dziewczynkę bardziej niż, za jakiegokolwiek innego
pacjenta. Czuła, że musi dotrzymać obietnicy jej danej i nie może jej zawieść.
-Czy ja nadal jestem aniołkiem?
-Kochanie, ty zawsze nim będziesz. –Uśmiech nie schodził szatynce z
twarzy.
-Zimno mi.
-A jaki jest twój ulubiony kolor?
-Czerwony.
-Poczekaj sekundkę. –Panna Granger opuściła na chwile salę by po chwili
wrócić z dużym, puchowym, czerwonym kocem termicznym. Opatuliła nim szczelnie
dziewczynkę.
-Muszę ci teraz podać kilka leków. Będziesz dzielna?
-Tak. –Uśmiechnęła się, a następnie wypłatała z koców i dała w policzek
Hermiony szybkiego całusa. Szatynkę
chwilowo zamurowała, po czym na jej twarz wypłynął szeroki uśmiech, który Ali
odwzajemniła.
-A dlaczego czerwony? –Uzdrowicielka spróbowała odwrócić uwagę
dziewczynki od igły, co skutecznie jej wychodziło.
-Bo serce jest takie bardzo czerwone i maki i tulipany. I czerwony jest
mój ulubiony miś.
-A gdzie jest ten miś?
-W moim pokoju śpi pod materacem.
-A dlaczego pod materacem?
-Bo Octavia chce mi go zabrać. –Hermiona wywnioskowała, że musi to być
jej koleżanka z sierocińca, z którą dzieli pokój. Powieki Alice zaczęły jej
ciążyć- natychmiastowy efekt eliksiru z Subrimu.
-A teraz śpij aniołku. –Pocałowała ją w czoło. Jej oddech zrobił się
miarowy. Zasnęła. Szatynka skierowała swoje kroki do pokoju pielęgniarek.
-Ida, sprawdzaj temperaturę Ali co godzinę. Chcę mieć dokładną
dokumentację z najbliższych 24 godzin, więc przekaż instrukcję kolejnej
zmianie. Jakby coś się działo dajecie mi znać. Nie ważne czy będę na dyżurze
czy w łóżku. Chcę wiedzieć. Zimno jej a płuca pracują trochę za ciężko. Podałam
jej Practolin, kolejna dawka za trzy godziny dożylnie. Powinno pomóc.
Opuściła oddział i skierowała
się do izby przyjęć, miała prośbę o konsultację. Po drodze zaopatrzyła się w
kawę, jej ciało protestowało, ale ona nigdy się nie poddawała. A poza tym w
całym szpitalu było mnóstwo cierpiących i potrzebujących pomocy ludzi, którzy
dzielnie walczyli. Jak w stosunku do ich problemów ma się zwykłe zmęczenie?
Nijak, dlatego wyprostowała się, dumnie podniosła głowę, i weszła do izby. Tam
spędziła resztę swojego dyżuru. Kiedy wracała do swojego gabinetu, doszła do
wniosku, że ten dyżur był dzięki bogu spokojny. W drodze na czwarte piętro
postanowiła jeszcze odwiedzić Therese. Złapała ją w drodze do recepcji z całą
stertą papierów w rękach.
-Hej, i jak? Ciężka noc? –zagadnęła brunetkę zwracając tym też na
siebie jej uwagę.
-O, hej. Poczekaj tylko to odłożę. –Po chwili obie ramię w ramię
zmierzały do gabinetu Theresy. –Ci trzej nowi to nic ciężkiego. Ci Austriacy
odwalili kawał dobrej roboty. U nas będą tylko dochodzić do siebie. A tak
ogólnie to jeden poważniejszy przypadek z izby a tak to spokój. Jednak cieszę
się, że to już koniec tego dyżuru, padam z nóg. Ale widzę, że ja w porównaniu z
tobą to i tak niebo a ziemia.
-Ledwo żyję, ale zaraz spotkam się z moim łóżkiem. Moje aktualne
marzenie się spełni.
-To już koniec tych pogaduszek, zasuwaj do domu. Ja też już idę. Mam na
dziś dość oglądania tych białych ścian.
Kiedy przekroczyła próg domu, zegar wskazywał 8.07. Od razu poszła do
sypialni. Już miała paść na swoje
wymarzone łoże, gdy do okna zapukała sowa. Hermiona niechętnie otworzyła jej okno
i odwiązała liścik od jej nóżki. Smukłe, pochyłe pismo. Bardzo
charakterystyczne.
O 17.00 przed dyżurem przyjdź do mojego gabinetu. To ważne. Nie spóźnij
się. Muszę Ci kogoś przedstawić. Chodzi o Twoje badania. Chyba w końcu
ruszyliśmy z miejsca.
Sam
Za to „nie spóźnij się” normalnie by się obraziła, ale była tak
padnięta, że szybko nastawiła budzik, a gdy tylko jej głowa dotknęła poduszki
odpłynęła do krainy Morfeusza. Jednak los nie był dla niej tak łaskawy jakby
chciała. Męczyły ją koszmary, które od czasu bitwy nawiedzały ją regularnie. O
11 dała za wygraną i powłócząc nogami poszła do kuchni. Jej mama zawsze
powtarzała, że na złe sny najlepszy jest gorący kubek mleka. I tak też zrobiła,
a następnie wróciła do łóżka.
Budzik natrętnie dzwonił, nie litując się nad panną Granger. W końcu
podniosła się do pozycji siedzącej i go wyłączyła. Ostatnie trzy godziny były
dla niej zbawienną ostoją spokoju. Niewiele, ale jej organizmowi wystarczyłoby
zregenerować siły. Ruszyła do łazienki gdzie wzięła długą, relaksującą kąpiel.
Dziś ma nocny dyżur, a przed nim ważne spotkanie. Musi dobrze wyglądać.
Założyła beżową sukienkę przed kolano, ozdobioną srebrnymi suwakami, które
podkreślały między innymi wcięcie w tali. Kiedyś co prawda lepiej na niej
leżała, bo była bardziej dopasowana, ale i teraz robiła wrażenie. Do tego
zrobiła sobie artystycznego koka i lekki makijaż. Zegar wskazywał godzinę
16.05, gdy zeszła do kuchni. W jej lodówce znajdowały się marne trzy jajka i
dwa jogurty. „Trzeba zrobić zakupy” –zanotowała w głowie. Wyjęła truskawkowy jogurt i zaczęła go powoli
jeść równocześnie oglądając mugolskie wiadomości. Jak zwykle mówili ciągle o
tym samym: polityka, rozwód kolejnej gwiazdy, romans itp. . Przed samym
wyjściem wypiła kawę, która ostatecznie postawiła ją na nogi.
Punktualnie o godzinie 17.00 zapukała do drzwi gabinetu dyrektora
szpitala. Po usłyszeniu: „proszę” przekroczyła próg.
-Dzień dobry Sam.
-Witaj Hermiono, jak zwykle punktualna. –postawny mężczyzna obszedł
biurko i na przywitanie dał buziaka w policzek drobnej szatynki.
-O co chodzi z tymi badaniami?
-Ach, już ci wyjaśniam, ale najpierw pozwól, że ci kogoś przedstawię.
–Wskazał ręką fotel przy oknie. Hermiona dopiero teraz zrozumiała, że nie są tu
sami. Kiedy jednak jej wzrok zatrzymał się na gościu, zamurowało ją.
-Draco Malfoy, nasz nowy sponsor, a dokładniej sponsor twoich badań nad
wirusem HIV. –Blondyn jak przystało na gentelmana wstał i podszedł do kobiety
wyciągając dłoń w geście przywitania. Hermiona już chciała to skomentować, gdy
przypomniała sobie o obecności Sama. Musi być profesjonalna. Uścisnęła dłoń
mężczyzny. Na jego twarzy błąkał się ironiczny uśmiech.
-Hermiona Granger. Nasza najlepsza uzdrowicielka. Mam nadzieję na
owocną współpracę. Ale usiądźmy, wszystko wyjaśnię. –Spojrzenia odwiecznych
wrogów się spotkały, a żadne nie chciało dać za wygraną. Niemą wojnę przerwało
chrząknięcie dyrektora. Malfoy zając swoje uprzednie miejsce, a Hermiona fotel przed
biurkiem.
-Jak się już pewnie domyśliłaś, pan Malfoy jest biznesmenem. Ma swoje
linie lotnicze i siec hoteli. Aktualnie jest naszym największym sponsorem,
pomimo że finalizuje tylko jedne badania. Za to pokrywa je w całości, więc
liczę, że się nie zawiedzie. Jak sam wspomniał, wiąże z nimi bardzo duże
nadzieje. Wszystkie sprawy dotyczące sprzętu, etatów, ogólnie rzecz biorąc
finansów załatwiasz bezpośrednio z nim. Budynek laboratorium znajduje się obok
lotniska, z którego ostatnio wylatywałaś- dokładny adres to Midnight 10.
Oczywiście jak będziesz potrzebowała pomocy w badaniach ja zawsze służę radą i
wiem, że nie lubisz pracować z byle kim, dlatego kwestia współpracowników jest
zupełnie uzależniona od ciebie no i może też od pana Malfoy ‘a gdyż on im płaci
–mężczyźni tajemniczo uśmiechnęli się do siebie.
-Mam wyznaczone godziny pracy? Regulamin? –Zapytała, świdrując wzrokiem
dyrektora. Nie podobało jej się to, iż będzie uzależniona od Malfoy ’a – dupka,
który bezczelnie się na nią gapi odkąd weszła do tego pomieszczenia.
-To pytanie już musisz skierować, do kogo innego. –Spojrzał wymownie w
stronę blondyna.- Z mojej strony to właściwie wszystko. –Szatynka przeniosła
wyczekujące spojrzenie na Draco Malfoy’a, który czekał chyba, aż zada to pytanie
bezpośrednio do niego. Cisza zaczęła się przedłużać, a Hermiona nie chciała dać
mu za wygraną i miała ochotę już zakończyć to jakże przyjemne spotkanie.
-Sam, a jakieś dokumenty? Mogłabym zobaczyć w ogóle procedury
rozpoczęcia tych badań? Chciałabym mieć pełną dokumentację. –Tym razem blondyn
podniósł się z fotela i podszedł do biurka, na którym położył trzy wielkie
teczki. Na jego twarzy wykwitł kpiący uśmieszek – taki sam jak za czasów
szkoły.
-Zapoznaj się z tym i podpisz. Jutro pokaże ci laboratorium –wyjął z
kieszeni mały notes, chyba jego organizer. –Mam czas o 16, pasuje ci? –Hermiona
już zrozumiała ten uśmiech. Około 500 stronicowa lektura, jak nie więcej.
Podpisuje w ciemno albo zarywa swoją „noc” w dzień.
-Idealnie. Jeśli to wszystko to ja już pójdę, za chwilę zaczynam dyżur.
Do widzenia. –Podeszła do Sama i dała mu buziaka na pożegnanie. Już miała wyminąć
Malfoy’a ale to dałoby wiele do myślenia dyrektorowi, gdyż takie zachowanie do
niej nie pasuję. Zatrzymała się, więc i wyciągnęła rękę w stronę blondyna.
Jednak tego, co zrobił się nie spodziewała. Ujął jej dłoń, i pocałował. Malfoy
pocałował jej dłoń niczym w średniowieczu. Szatynkę zamurowało, ale tylko na
dwie sekundy. Przecież to na pewno część jakiegoś planu typu „upokorzyć szlamę”.
Odwróciła się na pięcie i opuściła gabinet. Zmierzał na IV piętro, kiedy na
schodach poczuła ucisk na ramieniu. Odwróciła się i stanęła ramię w ramię ze
zniewalająco przystojnym szatynem, który świdrował ją swoimi niebieskimi oczami
na wylot.
-Dominic! Jak dobrze cię widzieć.
-Hej, mi ciebie też. –Złapał Hermione w niedźwiedzi uścisk. –Słyszałem,
że dziś masz na nockę, więc postanowiłem cię odwiedzić, bo zazwyczaj jesteś
wieczorem wcześniej. Ale nie stójmy tak na przejściu. Chodźmy do ciebie. –Właśnie
obok nich przechodził pewien blondyn, który głośnym chrząknięciem dał im do
zrozumienia, że tarasują schody.
-Co za buc- powiedziała na tyle głośno, aby ów mężczyzna ją usłyszał.
-Słyszałem Granger! –Dobiegło ją z piętra wyżej.
-Bo miałeś! –Odkrzyknęła. –Chodźmy-powiedziała już ciszej do Sama.
Ruszyli w stronę oddziału urazów pozaklęciowych.
-Pamiętasz, co mi ostatnio obiecałaś?
-Hmm?
-Że będziesz o siebie dbać.
-No i dbam! –Zaperzyła się szatynka.
-To coś ci to nie idzie!
-Dom, czepiasz się jak zwykle. Porozmawiajmy chodź raz o czymś innym.
-Na przykład o pogodzie?
-Nie, na przykład o tym, że zaczynam badania!- Krzyknęła w ekstazie i
rzuciła mu się na szyje. On jedyny wiedział, jakie to dla niej istotne.
-To cudownie! Moje gratulację! –Okręcił
ją wokół własnej osi.
-Jest tylko jeden minus. Sponsorem,
od którego jestem uzależniona jest ta fretka, którą widziałeś na schodach. To
jest TEN cham ze szkoły, o którym ci mówiłam.
-Od czasów szkoły minęło dużo
czasu, może wydoroślał.
-Tak, a w Nowym Jorku dał tego
popis.
-Dasz radę, wierzę w ciebie. A
poza tym ten koleś pożerał cię wzrokiem, więc nie może być między wami tak źle.
–Hermiona otwierała i zamykała usta jak ryba. Ogarnęła się dopiero słysząc
głośny śmiech swojego „przyjaciela”.
-Ja cię nie znam.
-Oj Mionka, gdybyś widziała
swoją minę. –Naśmiewał się z niej.
-Wynocha stąd, zaraz zaczynam
dyżur-kiedy i to na niego nie poskutkowało, wzięła poduszkę z sofy pod oknem i
zaczęła nią go okładać, śmiejąc się już razem z nim.
-Dobra, dobra już idę. –Podniósł
ręce w geście poddania. –Wystarczy tylko… -Wskazał swój policzek. Hermionie nie
trzeba było dwa razy powtarzać. Dała mu buziaka i lekko popchnęła w stronę
drzwi. –Pa! A i ślicznie wyglądasz! –Krzyknął na odchodne. Panna Granger cała
rozpromieniona ruszyła na obchód. Miała nadzieję na spokojny dyżur, tak, aby
mogła zapoznać się choć z częścią dokumentów od Malfoy ‘a. Ale jak to mówią,
nadzieja matką głupich. Gdy tylko zasiadła za swoim biurkiem przybiegło
wezwanie do izby, które skończyło się dwugodzinnym zabiegiem. Potem musiała skonsultować
dwóch pacjentów z magizoologicznego podejrzanych o zastosowanie na sobie
najnowszych klątw polecanych przez Gerarda Gazby’iego. Następnie odwiedziła Ali
i zauważyła duże skoki temperatury. Dotrzymała dziewczynce towarzystwa przez
ten krótki czas, kiedy była wybudzona w celu podania leków. Brunetka była
otumaniona, więc ciężko było się z nią porozumieć. Hermiona była lekko
podłamana zaistniałą sytuacją. Wydawało się, że wszystko zmierza w dobrym
kierunku i nie ma żadnych większych urazów, a tymczasem działo się coś
niedobrego. Hermiona zaczęła szeptać skomplikowane zaklęcia nad ciałem
dziewczynki. Miała obraz jej wszystkich narządów wewnętrznych. Przeszła do
swojego gabinetu, aby móc w spokoju wszystkiemu się dokładnie przyjrzeć. Najwięcej
czasu poświeciła płucom. Porównywała wyniki, ale nic nie mogła znaleźć.
Siedziała już czwartą godzinę nad tą nurtującą sprawą, kiedy ją olśniło.
Przewlekły kaszel, gorączka, powiększone węzły chłonne… Sarkoidoza! Musi
jeszcze sprawdzić czy są zmiany śródmiąższowe w płucach, a jeśli tak to jej
teoria się potwierdzi. Od razu wzięła się do pracy. Wykonała serie koniecznych
testów. Wszystko wskazywało na to, że się nie pomyliła. Podała nowe instrukcje
pielęgniarkom na najbliższą dobę. Podała małej kortykosteroidy i postanowiła osobiście
prześledzić reakcje jej organizmu na ten lek, mimo, iż skończyła swój dyżur 15
minut temu. Wszystko skrzętnie notowała. Siódma minuta-temperatura ciała spadła o 2* -jest 37.8*C. 10 minuta- 37.5* C. I tak przez najbliższe 30 minut
temperatura się obniżała kiedy nagle skoczyła do 40*C.
-Och, nie. Sara!
-Coś się stało?
-Organizm chyba odrzuca lek.
Temperatura w trzy minuty z 36,4 skoczyła do prawie 40*C! Załatw okłady, ja jej
podam eliksiry.
Stan Ali ustabilizował się
dopiero około godziny 10. Hermiona postanowiła nie zmieniać na razie leku i dać
ciału Alice dobę na jego zaakceptowanie. Chciała jeszcze chwile przy niej posiedzieć,
ale została bezceremonialnie wyrzucona do domu przez Sarę, która wyraziła swe
poglądy w dwóch zdaniach: „Wyglądasz gorzej aniżeli trup. Albo idź do domu i w końcu
odpocznij albo od razu zawiozę cię do kostnicy”.
Hermiona zakładając fartuch
zrozumiała, jaka jest zmęczona. Na dodatek jej żołądek domagał się
natychmiastowego jedzenia. Nie miała ochoty iść do bufetu gdzie z pewnością zasnęłaby
na siedząco, więc wzięła z automatu paczkę pseudo zdrowych ciasteczek i
zdecydowała się przespacerować do domu. Doszła do wniosku, że nie ma sensu się
teraz kłaść spać, skoro o 16 ma spotkanie z Malfoy’em.
-Malfoy! –Krzyknęła, przystając
na chodniku. Właśnie uświadomiła sobie, że musi przeczytać trzy teczki
papierów. Przyspieszyła kroku i w mig zasiadła za swoim domowym biurkiem.
Przywołała ze szpitala dokumenty, z szafki w łazience eliksir energetyzujący,
który pochłonęła w całości i zabrała się za czytanie. Wszelkie uwagi zapisywała w notesie. Kiedy
zegar wybił 15.30, składała już dokumenty: posegregowane i idealnie poukładane znalazły
się teczkach z jej podpisami. Przeczytała wszystko bardzo dokładnie i była
zdziwiona, nigdzie nie znalazła żadnych kruczków. Przejrzysta, i naprawdę
porządnie przygotowana dokumentacja. Wzięła szybki zimny prysznic, założyła
czarną wąską sukienkę, ukazującą jej atuty, do tego szpilki, makijaż mający na
celu zakryć jej sińce pod oczami, na które nie podziałał nawet eliksir,
rozpuszczone, wyprostowane za pomocą zaklęcia włosy i gotowe. Wzięła torebkę i wskoczyła do swojego Aston
Martina.