niedziela, 18 stycznia 2015

2. Istota ludzkiej esencji - ŻYCIE

Hermiona założyła wytarte ciemne jeansy, bluzę, która odsłaniała jej płaski brzuch, a do tego białe niskie conversy. Włosy związała w kitkę. Patrząc w lustro stwierdziła, że wygląda po prostu ładnie i to ją satysfakcjonowało. Kiedy usłyszała dzwonek do drzwi szybko zbiegła po schodach, aby je otworzyć. W progu stał Dominic ubrany w czarną bluzkę z długim rękawem oraz czarne spodnie. Wyglądał w tym seksownie i pociągająco. Pomimo że była gryfonka dostrzegała w nim te wszystkie zalety widziała w nim tylko przyjaciela.
-Gotowa?-zapytał dając jej buziaka na powiatanie.
-Jak widać- obróciła się wokół własnej osi. Złapała go za rękę i pociągnęła na dwór. –Pospieszmy się, nie chce siedzieć w pierwszym rzędzie!-szybko przekręciła klucz w drzwiach i w podskokach podeszła do auta przyjaciela, który ja przystało na dżentelmena otworzył jej drzwi. Wsiadła do BMW M3, w którym unosił się zapach jej przyjaciela. Lubiła go, był taki jego, czuć było nutę cytrusowa, wyrafinowane a zarazem takie świeże.
                Włączyła radio i trochę pogłośniła, ponieważ leciała właśnie ich ulubiona piosenka „Can’t hold us”. Oboje zaczęli pierwszą zwrotkę. To było starcie, kto dłużej dotrzyma kroku Maclemor’owi. Był to świetny raper, który wyrzucał słowa z prędkością wiatru. Po raz kolejny Hermiona przegrała z Dominiciem. Zabrakło jej powietrza już w połowie.
-Jak ty to robisz? –zapytała z niedowierzaniem, podczas gdy on w mistrzowskim stylu kończył zwrotkę. Zaczął się refren i zaczęli wspólnie śpiewać, bawiąc się przy tym niczym pięciolatki. Za to go kochała. Ze przy nim mogła wrócić do dzieciństwa, czyli do beztroskich chwil.
-Jesteśmy, u lala, ale ludzi- zgasił auto a wzrok Hermiony powędrował w stronę wejścia do kina. Miał racje, ludzi było jak mrówek.
-No to, na co czekasz? –auto wypełniło się jej dźwięcznym śmiechem - kto pierwszy ten lepszy- wyskoczyła z auta biegnąc do wejścia.
-Ej! Nie było startu!-Krzyczał za nią Dominic, ale ona go zignorowała. Zamknął auto i ruszył sprintem za przyjaciółką.
Dobiegła i ledwo wyhamowała przed kolejką ludzi. Nie minęło 5 sekund, gdy poczuła jak chłopak wpada na nią z impetem.
-Dzieciuch!- Podniosła się otrzepując kolana z niewidzialnego kurzu.
-Ty się zaczęłaś ścigać!
-No i co? –Podeszła do niego podając mu pomocną dłoń gdyż nadal leżał na ziemi.
-Nico! –Kiedy stał już na równych nogach spojrzał na nią i ich spojrzenia się spotkały. Nagle oboje wybuchnęli niepohamowanym śmiechem. Ludzie spojrzeli na nich nie wiedząc, o co chodzi. Ale oni się tym nie przejmowali. Kiedy doszli do kasy poprosili dwa bilety na Bonda.
-Mają państwo szczęście to już jedne z ostatnich biletów- kasjerka podała im bilety i wskazała salę.
-Ale mamy beznadziejne miejsca! –Panna Granger była niezadowolona.
-Czym ty się przejmujesz? Załatwię nam najlepsze miejscówki – puścił jej oczko a gdy weszli na sale schodząc schodami nagle Dom się zatrzymał i pociągnął ją za rękę, aby przystanęła. Usiadł i się szeroko uśmiechnął.
-I jak ci się podobają nasze miejscówki?
-Idealne! Może nas nikt nie zdepta.
-Sarkazm i ty to złe połączenie- mocniej pociągnął ją za rękę sprawiając, że upadła mu na kolana. Postronny obserwator uznałby ich za szczęśliwą parę, ale oni byli po prostu prawdziwymi przyjaciółmi.
-Jesteś nie nor…
-Cicho, zaczyna się- uciszył ją nie dając jej skończyć zdania. Wtuliła się w jego ramię a on oparł podbródek na jej głowie i tak spędzili najbliższe dwie godziny.
-To było rewelacyjne!- Kipiała ze szczęścia.
-Najlepszy film, jaki powstał z tej serii! I te efekty specjalne…
-Co teraz? –Przystanęli i spojrzeli po sobie.
-Kąpiel! –i oboje zaczęli biec ulicami miasta ramię w ramię w tylko sobie znanym kierunku. Po dystansie około 1 km zdyszani stanęli u wrót bramy na plac gdzie stało 12 fontann, jedna koło drugiej, a woda pryskała na wszystkie strony. Zaczęli biec w sam środek przedstawienia, ściągając szybko buty i skarpetki, podczas gdy inni ludzie przyglądali się temu z dezaprobatą stojąc poza linią ognia wody. Hermiona piszcząc poślizgnęła się na mokrej płycie i leżąc na plecach śmiała się głośno przemakając do suchej nitki. Po chwili dołączył do niej Dom rzucając się na brzuch. Leżeli tak ramię w ramię obserwując gwiazdy. Wieczór był duszny, więc nie przeszkadzało im ochłodzenie w postaci lodowatej wody. Leżeli tak około dwudziestu minut. Między nimi zapanowała cisza, która nikomu nie wadziła. Każde pogrążyło się we własnych myślach. Pierwszy ocknął się Dom.
-Koniec tej sielanki! Zapraszam na gorącą czekoladę, ja oczywiście stawiam. –Podniósł się i wyciągnął do niej dłoń, którą ona ufnie ujęła i wstała.
-Prowadź!
-Przy kinie była knajpa –skierowali się w tą stronę, z której przybyli, z tym wyjątkiem, że teraz szli bardziej ponurymi i odludnionymi uliczkami, aby móc się po drodze wysuszyć za pomącą czarów. Knajpa okazała się przytulnym pomieszczeniem ze ścianami w kolorze kawowym ozdabianym przez zdjęcia retro. Czteroosobowe stoliki okalały salę, a na środku był podest, na którym grała jakaś miejscowa kapela.
-Dwie gorące czekolady z bitą śmietaną poprosimy- Dom złożył zamówienie u pulchnej, niskiej kobiety. –Mionka masz ochotę na coś jeszcze?
-Nie, dzięki.
-To wszystko, dziękujemy. –Gdy kobieta odeszła dwójka przyjaciół wdała się w rozmowę.
Kiedy Hermiona wróciła do domu dochodziła północ. Przekraczając próg zaczęła zrzucać z siebie ubrania w ekspresowym tempie. Wybiegła po schodach na poddasze w samej bieliźnie. Odkręciła kurek z gorącą wodą i czekała aż wanna się napełni. Kiedy zanurzyła się po szyje zaczęła rozmyślać, który przypadek przedstawi na konferencji, o ile wcześniej nie ucieknie. 

Otworzyła oczy i spojrzała na zegarek. 11. Podniosła się i ruszyła do łazienki. Po oknie spływały krople deszczu, a pogoda nie zachęcała do opuszczenia domu. Opłukała buzię, umyła zęby, a włosy związała w koka. Po porannej toalecie ruszyła do garderoby. Wciągnęła na siebie pierwsze lepsze spodnie a do tego założyła rozciągnięty sweter. Wszystko robiła mechanicznie, dopiero kawa postawiła ją na nogi. Na śniadanie zjadła omlet, rozmyślając, co musi ze sobą wziąć na wyjazd. Ostatecznie do walizki zapakowała dwie pary szpilek, wąską granatową sukienkę, którą włoży na konferencję oraz długą bordową suknie. Rok temu podarowali jej ją Ginny z Harrym, ale nie była do tej pory na żadnym tak ważnym i wystawnym bankiecie, więc suknia marnowała się w szafie. Dołożyła jeszcze wysokie spodnie i koszulkę nad pępek na drogę powrotną, a na wierzch wpakowała jeszcze bieliznę, kosmetyczkę i skórzaną kurtkę. Lubiła eksponować swój brzuch. Był płaski, ale nie taki jak mają anorektyczki, tylko lekko umięśniony. Lubiła o siebie dbać, dawało jej to satysfakcje i samozadowolenie. Gdy zegar wskazał godzinę 15 ubrawszy nieprzemakalny płaszcz i botki wsiadła do swojego ukochanego Aston Martina i ruszyła w stronę Dziurawego Kotła. Niecałe 15 minut później przekraczała mur dzielący mugolski Londyn od ulicy Pokątnej. Weszła do pierwszego z brzegu apartamentowca. Zapukała do mieszkania opatrzonego numerem 2. Drzwi otwarła rudowłosa dziewczyna, która rozpoznając w przybyszu swoją przyjaciółkę rzuciła się jej na szyje.
-Ginny! –Zawołała uradowana –opowiadaj jak było w Niemczech!
-Och cudownie! Mecz był rewelacyjny, tyle się działo, Krum oczywiście złapał znicza, ale wygrali zaledwie 10. punktami. –Najmłodsza latorośl Weasleyów była komentatorem sportowym, a także dziennikarką rubryki sportowej w Proroku codziennym - ale nie stój tak w progu, wchodź do środka. Czego się napijesz?
-Herbaty. Widziałaś się ostatnio z Harrym? –Hermiona przeszła do niewielkiej kuchni urządzonej w bardzo nowoczesnym stylu: metalowe blaty, ściany wyłożone czarnymi kafelkami a gdzieniegdzie fioletowe dodatki.
-Jakiś tydzień temu wpadliśmy na siebie w Niemickim ministerstwie. Wiesz jaki on jest, ciągle zabiegany.
-Rozmawialiście ze sobą? –Szatynka próbowała coś wyciągnąć od przyjaciółki na temat ich relacji, które ostatnio były bardzo burzliwe.
-Herm, mówiłam ci, że wspólnie postanowiliśmy, że zostajemy przyjaciółmi i nic więcej. No nie patrz tak na mnie! Jemu jest potrzebna kobieta, która ma podobne zapędy do niego.
-To znaczy? –Hermiona spojrzała na przyjaciółkę z ukosa.
-To znaczy kochająca kłopoty, a także mająca marzenie chronienia całego świata. –Po kuchni rozniósł się gromki śmiech obu kobiet.
-Nasz cholerny zbawiciel! A ty, na jakiego księcia czekasz? Biały rumak i te sprawy? –Ruda rzuciła Prorokiem Codziennym, który jej się napatoczył pod rękę w pannę Granger. –Za co?!
-Za żywota –zaśmiała się, będąc usatysfakcjonowana, iż celnie trafiła w bok głowy.
-A tak serio?
-Tak szczerze to sama nie wiem, kogo chce.
-A bardziej skłaniasz się ku? –Ginny spojrzała na nią, nie rozumiejąc o co jej chodzi, więc ta pospieszyła z wyjaśnieniami- no bo wiesz…
-No właśnie nie wiem.
-Ale pamiętaj, że jesteśmy przyjaciółkami i możesz mi wszystko powiedzieć. Nawet, jeśli wolałabyś kobiety i potajemnie marzyła o schadzce sam na sam na przykład z McGonagall czy coś… -Wyszczerzyła się do najmłodszej latorośli Weasleyy’ów pokazując rząd równych, białych zębów i zaczęła uciekąc do salonu.
-Ty małpo! Ja ci pokaże zaraz McGonagall! Jeszcze mnie popamiętasz! –Krzyczała goniąc przyjaciółkę dookoła ławy i sofy. Ich gonitwę przerwała melodia dobywająca się z kuchni.
-To moja komórka. To może być coś ważnego, Ginn… -Ruda jeszcze przez chwile biegała za szatynką, ale w końcu dała za wygraną, kiedy ta jej obiecała ciasto w ramach przeprosin.
-Halo?
-Hej Miona, mogłabyś do mnie wpaść?
-Dominic? Czy coś się stało? –Dziewczyne zaniepokoił trzęsący się głos dobiegający ze słuchawki.
-Proszę, przyjedź.
-Będę za 5 minut. –Hermiona rozłączyła i szybko wrzuciła komórkę do torebki zarzucając ją sobie na ramię. –Ginny przepraszam, Dominic dzwonił. Coś jest nie tak. –Dała jej buziaka na pożegnanie-Jeszcze raz przepraszam.
-Nic się nie stało, pa. –Ruda ciepło uśmiechnęła się ostatni raz do przyjaciółki i zamknęła za nią drzwi mieszkania.
                Szatynka wybiegła z apartamentowca udając się w głąb ulicy Pokątnej. Kiedy była przy lodziarni Floriana Fortescue, skręciła w niewielką uliczkę, wzdłuż której znajdowały się identyczne domy. Przystanęła przed drzwiami trzeciego po prawej i zapukała. Drzwi otworzył starszy mężczyzna, którego pierwszy raz widziała na oczy.
                -Dzieńdobry, nazywam się Hermiona Granger. Ja do Dominica.
                -Panicz Salvador oczekuje pani w swojej sypialni. Proszę za mną. –Szatynka była w niemym szoku, nigdy nie widziała u swojego przyjaciela w domu lokaja, a bywała tu często.
                -Dziękuję, ale sama sobie poradzę-lekko się do niego uśmiechnęła i nie czekając na odpowiedź w biegła po schodach na piętro, rzucając jeszcze przez ramię zaciekawione spojrzenie w stronę mężczyzny. Kiedy lekko uchyliła drzwi sypialni, ujrzała stojącego do niej bokiem młodego Boga, któremu nie jedna kobieta nie mogła się oprzeć. Jego wzrok był pusty, a z twarzy odpłynęły wszelkie emocje. Hermiona zbladła, jeszcze nigdy nie widziała go w takim stanie. Podeszła i ujęła jego dłoń, ściskając ją, dając równocześnie znak, że tu jest i może na nią liczyć. On jednak stał i nawet nie spojrzał na kobietę obok. Jedyną jego odpowiedzią były zaciśnięte palce na jej drobnej dłoni. Stali tak, a sekundy mijały, zamieniając się w minuty. W końcu chłopak wziął głęboki oddech i się odezwał.
                -Moja matka nie żyje. –Hermiona doskonale rozumiała jak się w tej chwili musi czuć. Sama w końcu straciła rodziców siedem lat temu, nie potrafiąc przywrócić im pamięci. Podeszła bliżej i mocno przytuliła postawnego mężczyznę, który teraz wydawał się taki bezbronny. Stali tak chwile poczym pociągnęła go w stronę łóżka. Leżeli, wtuleni w siebie w zupełnej ciszy. Hermiona wiedziała, że on teraz potrzebuje bliskości a nie słów pocieszenia i ciągłego powtarzania „będzie dobrze”. Nie naciskała również próbując dowiedzieć się, co właściwie się stało. Gdy będzie gotowy wyrzucić to z siebie po prostu to zrobi.
                -Jutro mieliśmy wspólnie podbijać Stany. –Hermiona uświadomiła sobie, że w zaistniałej sytuacji oczywistym jest, że Dominic nie pojedzie tam z nią. Jej myślami zawładnęły okropne scenariusze jak jutro robi z siebie pośmiewisko i nie będzie przy niej żadnej bratniej duszy. Nikogo. –Przepraszam cię, sam nas w to wkopałem a teraz… -I wtedy przyszło opamiętanie. Zrugała się w myślach, jaką jest egoistką. Zadzwonił do niej przyjaciel, którego matka nie żyje i potrzebuje wsparcia a ona myśli o sobie.
                -To ja przepraszam. Powinnam tu być przy tobie jutro. Mną się nie martw, dam sobie radę, będę myśleć o twoim związku z Weltem, to mnie od razu odpręża! –Chłopak zaśmiał się, osiągnęła swój cel.
                -I mówią, że to faceci są zboczeni, a idealna pani ordynator ma zamiar opowiadając o swoim fascynującym przypadku myśleć o fiku miku w gabinecie dyrektorskim. –Po chwili na twarzy chłopaka wylądowała poduszka. –Ej ej ej ja tylko powtarzam, co słyszałem!
                -Ale to ty masz finezje na temat naszego pana dyrektora! –Puściła do niego oczko uchylając się przed poduszką.
                -Dobra, koniec tego! Zostawmy moje życie intymne. Spakowana już jesteś?
                -Tak, musze jeszcze tylko do torebki wrzucić parę rzeczy, żeby się przebrać po dyżurze w jakieś sensowne ciuchy do samolotu, bo lecę z tymi wszystkimi szychami.
                -Jak to po dyżurze? –jego prawa brew powędrowała do góry.
                -A tak to, że o 18 zaczynam swoją zmianę.
                -Ale ty jutro o 7 wylatujesz do Ameryki! –Jego głos był pełen dezaprobaty.
                -Już dwa tygodnie temu sama się wpisałam w grafik, bo Klara idzie na kolacje ze swoim mężem, który bardzo prawdopodobne, że się jej dziś oświadczy. – Mówiła powoli, tłumacząc jak małemu dziecku.
                -Jutro masz być cały dzień na nogach.
                -Dom, nie martw się, prześpię się w samolocie.
                -Masz półtorej godziny do dyżuru, jedź do domu i się skończ pakować. –Powiedział zrezygnowany. Po dwóch latach znajomości wiedział, że i tak nie zmieni zdania i nie ma, co próbować.
                -Zostanę jeszcze trochę z tobą. –Wtuliła się w jego klatkę piersiową. Cieszyła się, że choć trochę oderwała jego myśli od przykrych wydarzeń tego dnia. Leżeli tak, aż zegar wskazał 17.15.
                -Koniec tego dobrego moja panno, właśnie wypraszam cię z mojego domu. -Podniosła się do pozycji siedzącej i spojrzała na niego unosząc brew, tak jak to on miał w zwyczaju. –O mnie się nie martw dam sobie radę, jestem już duży. –Pociągnął ją za rękę i poprowadził do wyjścia. –Jedź, spakuj się, ZJEDZ COŚ –zaakcentował – i jutro daj czadu. –Dał jej buziaka w policzek promiennie się uśmiechając.
                Zajechała pod dom swoim Aston Martinem. Gdy wpadła do środka wrzuciła szybko do torebki czarne spodnie i białą koszulę, wzięła szybki prysznic i przyodziała do pracy czarną sukienkę do kolan. Biorąc walizkę skurczoną do rozmiarów podręcznego bagażu i torebkę, teleportowała się pod szpital. Kiedy przekroczyła próg, pech chciał, że wpadła prosto na Samuela Welta.
                -Hermiona? A co ty tu robisz? Przecież jutro wyjeżdżasz. –Dyrektor nie krył zdziwienia.
                -Jutro rzeczywiście wyjeżdżam, ale teraz a dokładnie-spojrzała na swój zegarek- za dwie minuty zaczynam dyżur.
                -Ty w weekendy nie pracujesz.
                -Dwa tygodnie temu wpisałam się do grafiku, jak nie wierzysz to idź sprawdź. A teraz jeśli pozwolisz, spieszę się. – Odeszła nie czekając jego reakcje. Obawiała się, że z tego mogłaby wyniknąć afera.
                Obchód minął bez większych problemów. Hermiona zajęła się kartami pacjentów, których dzisiaj przyjęto. Było ich całkiem sporo. Cztery przypadki odłożyła na bok. Musiała je głębiej przeanalizować. Około północy do jej gabinetu wpadła Sara-młoda pielęgniarka, która pani ordynator polubiła od pierwszego spotkania.
                -Mam dla ciebie kawę-uśmiechnęła się dziewczyna-przepraszam, że bez pukania, ale nie miała wolnej ręki.
                -Przysłali cię z nieba! Jesteś moim Bogiem. –Wzięła kubek i zaczęła konsumować jego zawartość. –Strasznie dzisiaj spokojnie.
                -To fakt, ale podobno przez dzień był niezły harmider.
                -Widzę właśnie, nazbierało się trochę tego-wskazał na stos dokumentów.
                -Ciekawe jak tam nasza Klara! –zawołała z entuzjazmem-miejmy nadzieje że jej noc jest ciekawsza od naszej.
                -O to bym się nie martwiła- zaśmiała się- ale wszystkiego dowiemy się dopiero w poniedziałek!
                -A właśnie słyszałam, że wyjeżdżasz?
                -Tak, ale –nie skończyła dokończyć bo do gabinetu wpadła zdyszana starsza pielęgniarka- Anastazja.
                -Pani doktor! Szybko! –Kobieta jak szybką się pojawiła tak i szybko zniknęła, a Hermiona za nią.
                -Co się stało? –widząc pacjenta na kozetce w Sali przyjęć w tragicznym stanie od razu zaczęła go badać, przy okazji słuchając, co się wydarzyło.
                -Najprawdopodobniej jest to dwudziestoośmiolatek, pochodzi z arystokratycznego rodu. Został porwany dwa tygodnie temu o ile to on.
                -To wygląda na skutek tortur. –Zaczęła wykonywać zwinne ruchy różdżką szepcąc pod nosem przeróżne zaklęcia. W pewnym momencie jego klatka piersiowa przestała się unosić, a Hermiona zaczęła reanimować chłopaka w mugolski sposób.
                -Anastazjo na trzy rzucisz zaklęcie pobudzające w stronę serca – raz, dwa, trzy! –Szatynka nie widząc żadnego rezultatu powtórzyła tą akcje wspólnie z pielęgniarką jeszcze trzy razy, po czym w końcu chłopak znów zaczął samodzielnie oddychać. Hermiona nie tracąc czasu podała mu tlen i zaczęła opatrywać wszystkie rany, rzucając przy okazji antyzaklęcia. Wszystkie jego kończyny były obandażowane, a żebra połamane. Hermiona wlewała, co jakiś czas jakiś eliksir do jego ust. Około 6 jego stan był stabilny, a Hermiona mogła odetchnąć. Anastazja poklepała ją po ramieniu.
                -Gratuluje, dzięki tobie ten chłopak będzie żył. –Szatynka uniosła kąciki ust lekko ku górze, na więcej nie miała siły. Uzupełniła jego kartę, zapisując wszystkie instrukcję dla kolejnej zmiany. Kiedy skończyła spostrzegła, która jest godzina. Szybko pognała do swojego gabinetu, sprzątnęła wszystkie rzeczy na biurku wysyłając za pomocą zaklęcia na swoje miejsce. Wzięła w szpitalnej łazience dla personelu ekspresowy prysznic i się przebrała z zakrwawionych rzeczy. Umyła zęby, poprawiła makijaż i zabierając walizkę teleportowała się pod zapisane w teczce lotnisko. Spojrzała na zegarek- 6.45. Jest spóźniona. Powinna tu być piętnaście minut temu. Zdziwiła się widząc, że to prywatne lotnisko. Na zdjęciu potrzebnym, żeby widziała gdzie się ma teleportować, było widać tylko niewielką salę odpraw, ale wcześniej nie zwróciła na to uwagi. Kiedy przekroczyła próg podeszła do niej niska blondynka i zielonym uniformie ze srebrnym logo FAIRair. Nikogo poza nimi i dwóch pozostałych osób z obsługi tam nie było.
                -Panna Granger?
                -Tak, ja na lot do Ameryki, który… -Kobieta nie dała jej skończyć.
                -Proszę za mną. Wszyscy już są, czekamy tylko na panią.
                -Ja prze- i znów nie dała jej dokończyć.
                -Nic się nie stało –uśmiechnęła się do niej ciepło. –Ważne, że pani dotarła. -Wyszły na płytę lotniska gdzie czekał niewielki samolot. Wzdłuż jego boków również było logo linii lotniczych. Hermiona już je kiedyś gdzieś widziała, ale nie mogła sobie przypomnieć gdzie. Wsiadła do samolotu, miejsce obok niej było wolne.
                -Dominic. Teraz powinniśmy siedzieć tu razem. –Pomyślała. Zajęła swój skórzany fotel po tym jak jej bagaż wylądował w luku. Z kokpitu wyłoniła się sylwetka dobrze zbudowanego mężczyzny w zielonym mundurze pilota ze srebrnymi wstawkami i logiem. Zdjął rogatywkę pilota odsłaniając swoje rozczochrane platynowe włosy, a błękitno szare oczy zaczęły prześlizgiwać się po pasażerach zatrzymując na chwile na szatynce, której szczęka właśnie uderzyła z niemym łoskotem o ziemie.
                -Malfoy-pomyślała.

                

niedziela, 11 stycznia 2015

1. Ona



Z parterowego domku leżącego na obrzeżach Londynu, wyszła szatynka ubrana w czarne dżinsy oraz koszule w cętki.  Do tego założyła czarne szpilki, które dawały jej 170 cm wzrostu. Strój niby zwyczajny jednak w połączeniu z jej dużymi czekoladowymi oczami sprawiał wrażenie, iż porównywało się ją do dzikiego kota. Wsiadła do swojego Aston Martina DBS Volante. Uwielbiała to auto. Był upalny dzień, więc opuściła dach. Gdy wyjechała na ulice jej włosy rozwiał wiatr. Uwielbiała przepełniające ją uczucie wolności, którą dawała jej szybka jazda, a muzyką dla jej uszu był cichy pomruk silnika.
Kabriolet zaparkowała na parkingu sąsiadującym z domem towarowym Purge & Dowse Ltd, a następnie szybkim krokiem ruszyła do wystawy z manekinem. Poczekała aż uliczka opustoszeje i przekroczyła szybę, by po chwili znaleźć się w zatłoczonym korytarzu. Bardzo dobrze znała to miejsce. Było dla niej drugim domem. Udała się do gabinetu lekarskiego na IV piętrze, który należał tylko i wyłącznie do niej. Tabliczka na drzwiach głosiła „Ordynator oddziału urazów pozaklęciowych, Hermiona Granger”. Założyła fartuch, zmieniła buty i zaczęła swój codzienny obchód. Dzień zapowiadał się spokojny. Najpierw odwiedziła pięcioletnią Kate, która dwa tygodnie wcześniej dotknęła czarno magicznej czaszki u dziadka w pokoju. Do Munga trafiła w stanie krytycznym, ale Hermiona się nie poddała i teraz mogła podziwiać owoce swej pracy. Porozmawiała chwile z dziewczynką o jej rysunkach, które leżały na stoliku nocnym, a następnie przeszła do kolejnych pacjentów między innymi dwóch aurorów.
                -Dzień dobry pani doktor- brunet próbował się do niej czarująco uśmiechnąć, co dawało komiczny efekt gdyż nie miał dwóch jedynek, a miał dziąsła wysmarowane zieloną mazią.
                -Ślicznie pani wygląda- bajerował ją jego kolega, który nie miał problemów z uśmiechem i gdyby się mu przyjrzeć to był naprawdę przystojnym mężczyzną. Miał lekki zarost i czarne włosy sięgające ramion.
                -Dzień dobry chłopaki, dzięki Mike, ale ja tu przyszłam pracować a nie słuchać komplementów, więc pokaz te twoje dłonie. –  zdjęła bandaż a następnie oznajmiła fachowym tonem, że za najpóźniej trzy dni będzie mógł opuścić szpital gdyż rany goją się bardzo szybko.- Leo widzę, że zęby zaczynają odrastać, masz nauczkę żeby nie obrażać starszych czarownic.
                -Ja tylko chciałem się dowiedzieć gdzie jest jej syn! – Zaperzył się.
                -Jak widać w bardzo uprzejmy sposób- zaśmiała się si ę dźwięcznie opuszczając sale. Ruszyła do swojego gabinetu, aby spisać postępy u pacjentów w ich aktach. Po drodze wzięła jeszcze korespondencje z rejestracji i plik dokumentów do uzupełnienia. Lubiła wszystko robić na bieżąco aby nie mieć zaległości. Uporanie z papierkową robotą zajęło jej dwie godziny. Potem skierowała swoje kroki na II piętro, gdzie znajdował się oddział zakażeń magicznych. Zapukała do drzwi z tabliczką ordynator i słysząc proszę weszła do pokoju praktycznie identycznego jak ten dwa piętra wyżej, który należał do niej. W zasadzie różnica była jedna. U niej wszystko miało swoje miejsce, a tu papiery leżały rozrzucone na parapecie, biurku i stoliku z ekspresem do kawy. Na widok szatyna o niebieskich oczach od razu szeroko się uśmiechnęła.
                -Miona!- Mężczyzna wstał i dopadł ją w dwóch krokach całując w policzek na przywitanie.
                -Hej Dom. Przyszłam cię porwać na 15 minut do tego nastolatka- Hugo.
                -A ja myślałem, że przyszłaś do mnie, jako wspaniałego przyjaciela, aby umilić mi czas.- Zrobił smutną minę, ale Hermiona wiedziała, że on tylko żartuje.
                -Nie, a poza tym z tego, co widzę jesteś zakopany w papierach po uszy.
                -Per idealna, biurko mam do pasa a dalej papiery nie sięgają –puścił jej oczko.
                -Żart ci się coś ostatnio wyostrzył- lubiła sprzeczki z nim. Były takie ich i nikogo więcej. –Rusz swoje kościste cztery litery i chodź do Hugona, bo dzień jest krótki a na ciebie czeka i już tęskni za tobą stos przyjaciół zwany papierami. I jeśli już zdążyłeś zapomnieć to dziś jest premiera Bonda!- popchnęła go w stronę drzwi, więc ruchy!
                -To klasyka kina akcji! W życiu bym go nie przegapił!- Spojrzał na nią jakby była chora psychicznie.
                -Nie patrz tak na mnie! Ja za ciebie tych dokumentów nie wypełnię, a z tego, co wiem to w poniedziałek mamy zdać wszelką dokumentację z grudnia Weltowi.  –jej protekcjonalny ton widać zadziałał automatycznie, bo Dominic wydłużył krok i już dochodzili do Sali nr 15.
                -Od razu lepiej- uśmiechnęła się do niego złośliwie.
                -Właściwie, dlaczego sama go nie zbadasz? Ni jestem ci tam do niczego potrzebny.
                -Bo regulamin mówi, że przy badaniu musi być obecny uzdrowiciel z oddziału, na którym leży pacjent.
                -Jak zwykle wszystko perfekcyjne i poukładane u pani doktor Granger. I padło na mnie.
                -Też cię kocham- dała mu buziaka w policzek i weszła do Sali. Na łóżku leżał osiemnastoletni czarodziej, którego całe ciało było pokryte wielkimi bąblami. Równie dobrze mógł teraz leżeć tu i czekać aż zniknie zielona wysypka, która jest skutkiem choroby skonfungulusa, ale chciał za wszelką cenę sam sobie z tym poradzić, co w efekcie dało tragiczny efekt.
                -Cześć, jak się masz? –Uzdrowicielka podeszła do chłopca i zaczęła sprawdzać wszystkie jego parametry życiowe wspomagając się wynikami z całej ostatniej doby by je porównać.
                -Dzień dobry. Nie chce być nie miły, ale to pytanie jest trochę nie na miejscu -odpowiedział naburmuszonym tonem.
                -Nie chcesz, ale jesteś- Dominic wtrącił się do rozmowy uśmiechając się do niego jednak jego oczy i głos zdradzały jego rzeczywisty stosunek do chłopca. – A tym bardziej jesteśmy w szpitalu więc to pytanie jest jak najbardziej na miejscu. Nie trzeba było się bawić we wszechwiedzącego medyka to teraz leżąc tu oczekiwałbyś już wypisu.
                -Dom –pani ordynator przerwała jego monolog karcącym głosem- cieszy mnie, że ty byłeś taki święty w jego wieku.- Od razu zrozumiał aluzje, że jeśli zaraz nie skończy tego przedstawienia to będzie ją miał na karku całe popołudnie i jeszcze będzie musiał przepraszać tego dzieciaka, więc usunął się w głąb Sali i przysiadł na fotelu przyglądając się przyjaciółce i jej profesjonalizmowi, oraz płynnym ruchom, pełnych gracji.
                -Bardzo cię boli, gdy naciskam?- Założywszy rękawiczki ochronne ucisnęła jeden z bąbli na dłoni, na co chłopak ostentacyjnie się skrzywił.
-Pani pyta czy to boli? Ja wyglądam jakbym się ubrał w kafle do quidicha! Mogłaby pani w końcu cos z tym zrobić?! –Chłopak podniósł głos. Dom postanowił nie wtrącać się. Poznał tą kobietę bardzo dobrze przez dwa lata i wiedział, że nie da się nikomu znieważyć.
-Cieszy mnie, że czujesz się na tyle dobrze by krzyczeć w szpitalu. Wnioskuje po tym że możemy odstawić eliksiry przeciwbólowe- Hugo śledził jej ruchy dłonią kiedy wykreślała coś z karty.-hmm, myślę, że możemy w takim razie zacząć stosować drastyczniejsze środki. Może wyciąg z krwi smoka będzie w porządku, co ty na to Dom?
-Co to jest? –Zapytał z pogardą nastolatek. –Kolejne nieskuteczne łajno?- Uzdrowicielka była zszokowana jego zachowaniem, ale z drugiej strony pochodził z arystokratycznej rodziny. Od razu Hermionie stanął przed oczami Malfoy. Zachowywał się identycznie, czyli jak zadufany egoista, który wszystko wie i umie najlepiej.
-Coś w tym stylu. Bąble zaczną pękać. Podobno to jedyny bolesny moment w całej kuracji i trwa tylko 72 godziny. – Mówiąc przesłodzonym tonem uśmiechnęła się do niego sztucznie. Cała sceneria w jej wykonaniu wyglądała groteskowo. –To już wszystko na dziś. –Dodała na odchodne.
-No to sobie nagrabiłeś. –Dan idąc w jej ślady skwitował tą sytuacje szeptem tak, aby usłyszał to tylko Hugo. Wiedział, że chłopak jest arystokratą, zresztą tak samo jak on, z tym wyjątkiem, że jemu nigdy nie wpajano żadnych hierarchii w świecie czarodziejów.
-Chyba ci trochę puściły nerwy –zaśmiał się do niej złośliwie będąc dumnym, że choć raz to on może wypomnieć to jej.
-Nie zauważyłam- emanowała stoickim spokojem. Był zdziwiony, że mu się w żaden sposób nie „odgryzła”.
-Skazałaś go na piekło i mówisz o tym tak spokojnie? – w tym momencie diametralnie zmieniła wyraz twarzy na szeroki uśmiech. Trochę go to wystraszyło. Ta kobieta była nieprzewidywalna. Podała mu kartę, którą kreśliła jeszcze parę minut temu. Wyglądała tak samo jak przed wejściem do sali, dopiero po chwili zauważył dopisek na dole, 11 leki uspokajające, powód: pacjent na wizycie w stanie trzeźwym nie jest zdolny do badania.
-Nie jestem wiedźmą. Ułatwię sobie i jemu życie.
-A już liczyłem, że choć raz dasz się wytrącić z równowagi. –w jego głosie dał się słyszeć wyraźny zawód.
-Nie tym razem. –Mrugnęła do niego figlarnie.
-Panie ordynatorze! –Przystanęli i zwrócili się w kierunku, z którego dobiegał głos. Okazało się, że to jedna z pielęgniarek biegnie w ich stronę. –Szukałam pana po całym oddziale.
-O co chodzi Suzan?
-Dyrektor pana wzywa. Mówił, że to pilne.
-Okej, już idę- gdy kobieta odeszła Hermiona zaczęła się śmiać.
-Czyżby dywanik?
-Nie to pewnie przedwczesne wybory miss medyka o najpiękniejszym uśmiechu. –Wyszczerzył do niej swoje śnieżnobiałe i idealnie równe zęby.
                -Głupek!
                -Nawet dyrektor wzdycha na mój widok, ale nie wiedziałem, że tak szybko będzie chciał sam na sam- szepnął do niej konspiracyjnie.
                -Z tego, co wiem to on ma dziewczynę, ale kto wie- zachichotała.
                -Dobra piękna, lecę. Pa! -Dał jej buziaka, po czym rozeszli się w dwie różne strony.
Co było rzadkością, dzisiaj nie przybył na oddział panny Granger żaden nowy pacjent, w związku, z czym większość czasu spędziła w Sali Kate dotrzymując jej towarzystwa. O godzinie 17 wpadł do niej Dom przynosząc sałatkę z kurczakiem- jej ulubione danie z pobliskiej knajpy.
-Jadłaś dziś coś w ogóle? –Zapytał z troską w głosie.
-Tak, ale tej sałatce nie ma się to jak równać. –Wiedział, że próbuje powoli ukierunkować rozmowę na inny temat. Zawsze stosowała tą sztuczkę.
-A co jadłaś?
-Kanapki.
-Och naprawdę?
                -Och Dominic nie czepiaj się już tak! Naprawdę dziś zjadłam około 14 kanapki. Miała dziś strasznie luźny dzień, a papiery wszystkie mam wypełnione, więc siedziałam z Kate i kiedy jadła obiad to wzięłam z niej przykład. Czy jest pan zadowolony z takiej odpowiedzi?
                -Powiedzmy, że tak – uśmiechnął się ciepło. – A tak w ogóle dyrektor kazał mi przekazać, żebyś przyszła do niego pod koniec dyżuru.
                -W jakim celu? I po co ty u niego byłeś?- Na jego twarz wypłynął tajemniczy uśmiech.
                -Pójdziesz to się dowiesz.
                Kiedy na zegarze spostrzegła godzinę 17.30 ruszyła  w stronę gabinetu dyrektora. Zapukała i słysząc proszę przekroczyła próg. Za potężnym biurkiem siedział trzydziestoośmioletni mężczyzna- Samuel Welt. Przystojny brunet, na którego widok wzdychały wszystkie kobiety w tym szpitalu z wyjątkiem tej, która teraz stała naprzeciw jego biurka. I za tą ją cenił.
                -Dzień dobry, wzywałeś mnie? -byli dobrymi znajomymi. Niekiedy nawet chodził z nią i Dominic'iem do baru po pracy. Cenili się wzajemnie i mieli do siebie szacunek. Tyle wystarczyło aby zaistniała pomiędzy nimi nic sympatii, która przerodziła się w ciągu roku w coś na kształt przyjaźni.
                -Praca pracą, ale to dzień dobry mogłaś sobie darować. Czuje się jakbym miał 60 lat.
                -Oj tam nie przesadzaj! Do sześćdziesiątki brakuje ci jeszcze dwudziestu ośmiu lat- puściła mu oczko, na co on się roześmiał.
                -Jak zawsze umiesz pocieszyć! A tak w ogóle może wiesz, o co chodziło, bo przyszedł to Salvador i gadał coś o sam na sam.- Hermiona wybuchnęła śmiechem. –czyli wiesz, może się ze mną podzielisz tą jakże ciekawą informacją?
                -Dom stwierdził, że zmieniłeś orientacje i wzywasz go na małe, co nieco-odpowiedziała mu gdy się nieco uspokoiła.- A i jeszcze liczył na puchar za najwspanialszy uśmiech, który mu wręczysz- znów zaczęła się krztusić śmiechem.
                -No to się chłopak zawiedzie. –Udał zasmuconego. –Ale przejdźmy do konkretów. W niedziele jest konferencja w Stanach. –Hermionie mina zrzedła.
                -Nie, proszę cię tylko znowu nie to!
                - Zjadą się specjaliści z całego świata, więc ciebie nie może zabraknąć.
                -Nie możesz wysłać kogoś innego? Na przykład Green’a albo Fort’a?
                -Ty jesteś najlepsza, a poza tym oni też jadą i dlatego ty tym bardziej masz tam być!
                -Sam, zlituj się nade mną!
                -Nie, spójrz na to z innej strony! Wreszcie pojedziesz na konferencje razem z Domem, wierze w to, że wspólnie nie będziecie się nudzić. –Zauważył wahanie na twarzy Hermiony i dał jej chwile, aby przemyślała wszystkie za i przeciw.
                -No dobrze. –Samuel wreszcie odetchnął z ulgą. Bał się, że dziewczyna się zaprze i nie pojedzie.
                -Czyli się zgadzasz?
                -Chyba tak.
                -Wylot jest w niedziele o 7 rano. Będą się teleportować do Londynu lekarze z zachodniej Europy. Będzie was około 50. Polecicie prywatnym samolotem. Tu masz teczkę ze wszystkimi potrzebnymi danymi biletem i identyfikatorem.
                -Widzę, że tak naprawdę to jest to postanowione od dawna a ja nie mam nic do gadania –uśmiechnęła się do niego- wielkie dzięki! Gdy już się podnosiła, aby wyjść Sam ją jeszcze zatrzymał.
                -Na konferencji będziesz jednym z wykładowców. Będziesz reprezentować Wielką Brytanie.- Przygotował się na wybuch ze strony kobiety i się nie pomylił.
                -Że co?!
                -No tak. Rozmawiałem z Domem i powiedział, że dasz radę.
                -Rozmawialiście o mnie za moimi plecami?! Ja nigdzie nie wystąpię publicznie! Wiesz, że się stresuję! Jak Dom jest takim chojrakiem to niech wystąpi!
                -Miona masz opowiedzieć o wybranym przypadku, najciekawszy, jaki miałaś do tej pory a zarazem najtrudniejszym. Nie ma tu lepszego uzdrowiciela od ciebie!
                -Sam! Nie schlebiaj mi tu, bo ci to nie pomoże! –Czuł, że jest na przegranej pozycji. Musiał wykorzystać swoją pozycje, choć starał się to odwlekać jak najdłużej.
                -To polecenie służbowe. Rano wylecicie popołudniu dasz wykład i przez trzy kolejne dni będą różne praktyki, w których można bezpłatnie uczestniczyć. W niedziele wieczorem jest bankiet, na którym również się zjawisz. –Zamurowało ją, ale postanowiła wyjść z tej sytuacji z twarzą.
                -W niedziele będę i zrobię, co mi kazałeś-nie chciał by to zabrzmiało jak nakaz, zabolało to zarówno jego jak i ją- a w poniedziałek wracam. Szpital nie może zostać bez żadnych ordynatorów a na Green’a albo Fort’a nie ma, co liczyć, bo oni na pewno nie zrezygnują z płatnego urlopu. Tego nie możesz mi zabronić gdyż w poniedziałek mam normalnie dyżur a nie przypominam sobie żebym brała chorobowe lub coś podobnego.
                -Dobrze.
                -Jeśli to wszystko to ja już pójdę.
                -Wiesz, że tego nie chciałem. Przepraszam.
                -Do widzenia dyrektorku –jej kąciki ust lekko uniosły się ku górze.



"Ogień i lód"

"Ogień i lód"
Hermiona i Draco 
dwa przeciwieństwa 
Rozdziały będę się starała wstawiac regularnie czyli co tydzień. Mam nadzieję, iż mój blog Wam się spodoba! Komentujcie > niezależnie czy to będą hejty czy miłe słowa, docenie każde słowo, które skierujecie w moją stronę.