poniedziałek, 16 lutego 2015

4. Piekło a dopiero potem niebo

Szatynka zarumieniła się pod wpływem taksującego ją wzroku Malfoya, za co od razu skarciła się w duchu. Nie chciała powtórki sprzed paru godzin, dlatego odwróciła się na pięcie i zaczęła zmierzać w kierunku bocznego wyjścia.
-Czyżbyś Granger uciekała przede mną?- Udała, że nie słyszy jego zaczepki, co wkurzyło blondyna. Nie lubił być ignorowany. Ruszył za nią i złapał za ramię odwracając w swoją stronę.
-Malfoy puść mnie! -Próbowała mu wyrwać rękę, ale wszystko na darmo. Był za silny. Ale mówią, że najlepszą obroną jest atak, a jak nie fizyczny to słowny. -Nie boisz się, że pobrudzę cię szlamem? -Jej głos ociekał wrogością jak i cała postawa. No może z wyjątkiem oczu. Blondyn dostrzegł w nich rozpacz? Nie był pewien, ale poluźnił uścisk.
-Zatańczysz? -Uśmiechnął się do niej ukazując równy rząd śnieżnobiałych zębów, zazwyczaj kobiety mdlały na jego widok... Ale nie ona.
-Malfoy! - Krzyknęła z bezsilności, kiedy dotarł do niej sens słów. Najpierw rani a potem jak gdyby nigdy nic prosi do tańca. -Rusz tą pustą łepetyną. Szlam! S Z L A M. Pobrudzisz się och najświętszy arystokrato.
-Już się tak nie martw -puścił jej oczko, co spowodowało wystąpieniem na jej twarz rumieńców koloru wiśni. Była wściekła. -Płacę 500 galeonów za noc, więc podejrzewam, iż zaopatrzyli mnie w specjalny gel.
-Ty chamie! Odwal się ode mnie! -Znów spróbowała się wyrwać, tym razem skutecznie. I ruszyła szybkim krokiem do wyjścia.
-Była gryfonka tchórzy? Boi się jednego tańca? -tego było za wiele. Ona nigdy nie tchórzy. Odwróciła się i z zaciętą miną podała dłoń blondynowi. Zrobili zaledwie 5 kroków, kiedy kawałek dobiegł końca.
-To nara Malfoy! 5. sekund dowiodło, że jesteś nie dość, że tak samo tępy jak chwile temu, czyli twój plan pożyczenia ode mnie mózgu nie wypalił to na dodatek nie umiesz tańczyć! -Krzyknęła na odchodne zostawiając otępiałego Malfoya. Kiedy wybudził się z letargu jej już nie było, pozostał jedynie nikły zapach jej perfum.
-To było iście ślizgońskie Granger- szepną w pustą przestrzeń.

Ściągała z siebie ubrania z szerokim uśmiechem. Wygrała! W końcu z nim wygrała! Cieszyła się jak małe dziecko.
-On wygrał chamstwem a ja sprytem- mówiła sama do siebie- i więcej już nie będę musiała oglądać tej zapchlonej fretki! -Okręciła się wokół własnej osi. Paroma zaklęciami spakowała swoje rzeczy i teleportowała się w pobliżu lotniska.

                Lot minął jej spokojnie. Lądując była z siebie dumna, przespała cały lot. Była w miare wypoczęta a czas szybko jej zleciał. Na lotnisku w biegu chwyciła swoje bagaże i w pierwszym ciemnym zaułku teleportowała się do szpitala a walizki wysłała do domu.
                -Przepraszam za spóźnienie- ze skruszoną miną spojrzała na personel, który właśnie stał przy rozpisce zajęć na dzisiejszy dzień.
                -Hermiona! Jak dobrze cię widzieć! –Podbiegła do niej Sara uwieszając się na jej szyi.
                -Hej Mionka, a czy ty przypadkiem nie powinnaś być teraz w Nowym Jorku? –Spytał jeden z lekarzy- Carl. Wysoki brunet z długimi włosami.
                -Byłam wczoraj na konferencji i bankiecie, tyle mi starczyło. Wróciłam nocnym samolotem.
                -Nie chciałaś zostać do końca? Tam chce przecież jechać każdy uzdrowiciel! –Carl wydawał się oburzony postawą koleżanki z pracy.
                -Hermiona? –Sam stanął z szeroko otwartą buzią. Jego ręka z kubkiem kawy zawisła w połowie drogi do ust.
                -Dzień dobry Sam. –Jej mina trochę zrzedła na widok dyrektora.
                -Mogę wiedzieć, co ty tutaj robisz?
                -Pracuję. I to od pięciu lat. –Odpowiedziała z sarkazmem, powodując szczere zdziwienie u swoich współpracowników. Panna Granger zawsze wszystkim kojarzyła się z kulturalną i grzeczną kobietą.
                -Nie rób ze mnie kretyna, wiesz, o co mi chodzi. –Był już na skraju wytrzymałości emocjonalnej.
                -Spóźniłam się 45 minut, więc zostanę dziś dłużej żeby to odrobić. Jeśli to wszystko to ja się już będę zbierać, czeka mnie obchód. –Chciała już odejść, ale powstrzymała ją ręka Sama.
                -Wydawało mi się to logiczne, że dziś nie przyjdziesz do pracy, jesteś pół żywa. Masz wolne.
                -A mi się wydawało, że wyraźnie dałam ci do zrozumienia w piątek, że się zobaczymy w poniedziałek, a dzisiaj jest poniedziałek. –Mężczyzna zaczął głęboko oddychać, próbując powstrzymać się przed wybuchem. Kobieta widząc to trochę zeszła z tonu. –Sam, już tu jestem i mam dyżur, daj mi pracować, wrócę na noc do domu i się wyśpię, a poza tym spałam przez cały lot, nic mi nie jest.-Dała mu buziaka w policzek na pożegnanie i oddaliła się, nie czekając na jego reakcje.
                Po przekroczeniu progu gabinetu, ujrzała stertę teczek na biurku. Tak, to był zdecydowanie jej świat. Uśmiechnęła się do siebie i biorąc karty pacjentów ruszyła na obchód. Po godzinie siedziała już w sowim gabinecie uzupełniając wszystkie dokumenty i popijając kawę z automatu. O godzinie 14 wyrwała się na 20 minut do pobliskiej kawiarni, aby zjeść śniadanio-obiad. Sama zawsze pilnie pilnowała pacjentów, jeśli chodzi o pory posiłków, aczkolwiek sama prowadziła bardzo niestabilny tryb żywienia. Usiadła przy oknie. Jadła powoli, delektując się pysznymi warzywami i idealnie upieczonym kurczakiem. Nagle jej oczy zasłoniły czyjeś dłonie, na co szatynka podskoczyła. Jej reakcja rozśmieszyła tajemniczą osobę, która się przez to zdradziła. Hermiona wszędzie rozpoznałaby ten śmiech.
                -Dom! –Krzyknęła rozradowana odwracając się. –Co ty tu robisz?! Zdaje się masz urlop do końca tygodnia. –Przytuliła się do niego mocno.
                -Stęskniłem się za tobą –wyszczerzył się do szatynki.
                -Ja za tobą też –dała mu buziaka w policzek i wróciła na swoje miejsce. Dominic zajął krzesło na wprost niej i zamówił spaghetti. –A teraz mów serio, co cię sprowadza? Nie powinieneś teraz załatwiać spraw majątkowych itp.?
                -Tak właściwie to przyjechałem podrzucić Samowi kilka kart moich pacjentów, żeby się zajął przydzieleniem ich komuś na czas mojej nieobecności i tak właściwie to on mi powiedział, że jesteś na dyżurze i należy ci się porządny ochrzan. Stwierdził też, że nie ma już do ciebie siły. –Uśmiechnął się łobuzersko do Hermiony.
                -A ten znowu swoje.
                -Tak, więc oficjalnie daję ci reprymendę za twoje zachowanie, a nie oficjalnie to Miona dbaj o siebie. Wiesz, że wyglądasz trochę kiepsko?
                -Dominic przestań się martwic. Nic mi nie jest. Wyspałam się w samolocie, ale nie byłam w domu tylko od razu teleportowałam się do szpitala. Dlatego dziś trochę straszę, ale naprawdę jest wszystko okej. –Uśmiechnęła się do niego ciepło.
                -No dobra, powiedzmy, że ci wierze.
                -Byłeś już w Ministerstwie?
                -Właśnie się tam wybieram, ale jak sobie pomyśle o tych wszystkich papierach do przeczytania i bieganiu z piętra na piętro za głupimi pieczątkami to mi się odechciewa.
                -Oj tam, przesadzasz.
                -Już wolałbym siedzieć na dyżurze 24 godzinnym w szpitalu. Powiedz lepiej jak było na wyjeździe?
                -Poznałam paru ludzi i tak właściwie dochodzę do wniosku, że to same buraki. Jakaś masakra, próbował mnie poderwać jakiś obleśny dziad. Spotkałam też chłopaka, no właściwie już faceta, którego poznałam w Hogwarcie- na jej twarzy pojawił się lekki uśmiech co nie uszło uwadze jej przyjaciela.
                -Czyżby Hermionie Granger, niedostępnej pani uzdrowiciel wpadł w oko? –Prawa brew powędrowała ku górze. Odpowiedział mu głośny śmiech.
                -Jeszcze trochę i przyjmą cię do kabaretu –mówiła między kolejnymi napadami niepochamowanego rechotu. –Poznaliśmy się mając 12 lat, on trafił do slytrherinu a ja do gryfindoru co już poniekąd wszystko tłumaczy. No i on jest arystokrata i zawsze mnie wyzywał od szlam, czego nie poszczędził sobie i tym razem, ale ostatecznie na bankiecie to ja mu dopiekłam, więc jestem z siebie dumna. A poza tym więcej się nie spotkamy, co też jest poniekąd wielkim sukcesem.
                -Charakterek to ty masz, więc chciałbym to widzieć.
                -O rany, już 14.30! Ale się zasiedziałam! –dała przyjacielowi przelotnego buziaka i pobiegła do wyjścia-pa! –Rzuciła jeszcze na odchodne.
               
                Od powrotu po lanchu Hermiona miała pełne ręce roboty. Biegała po całym oddziale z jednej Sali do drugiej. Po drodze dowiedziała się od Sary, że pacjent z jej ostatniego nocnego dyżuru dzisiaj się wybudził. Postanowiła do niego zajrzeć, poniekąd czuła się za niego odpowiedzialna.
                -Dzień dobry, jestem Hermiona Granger-rzuciła w stronę pacjenta, równocześnie przeglądając jego wyniki z ostatnich 24 godzin. Pokój był pusty, żadnych gości. Na łóżku natomiast leżał bardzo blady człowiek z wielkimi sińcami pod oczami, cały w bandażach.
                -Dzień dobry-wyszeptał. Na więcej nie miał siły.
                -Chciałabym cię zbadać - kiedy mężczyzna się nie sprzeciwił kobieta podeszła do niego i zaczęła wykonywać skomplikowane ruchy różdżką. –Jest duża poprawa. Przepraszam, wiem, że jest pan zmęczony, ale nadal jak widzę nie mamy żadnych informacji na pański temat. –Kiedy pacjent nadal milczał, podeszła do niego bliżej i spojrzała prosto w oczy. –Jak ma pan na imię?
                -Johan –na twarzy szatynki zagościł lekki uśmiech.
                -A więc Johan, wracasz powoli do zdrowia, będę cię regularnie odwiedzać, ale teraz wypoczywaj. Najlepiej się prześpij. Wtedy organizm szybciej się regeneruję. –Do zobaczenia!
                Kiedy wyszła na korytarz wpadła na kogoś.
                -O! Hermiona, właśnie cię szukałam- blondynka imieniem Beca w błyskawicznym tempie wyrzucała z siebie kolejne słowa. –Przywieźli dziewczynkę, jest w czwórce. Szybko!-i ruszyły szybko do wspomnianej Sali. Na kozetce leżała dziesięciolatka z sinymi ustami. Jej ciało było lodowate, a wyglądała jakby już była martwa. Wiele przypadków magicznych widziała panna Granger, ale ten nią wstrząsnął. Podobno rzuciła się z mostu do rzeki. Była sierotą.
                -Szybko! Koce grzewcze! Eliksir wiggenowy i wzmacniający! –Wydawała polecenia, a sam w tym czasie zaczęła mierzyć wszystkie funkcje życiowe dziewczynki. –Pospieszcie się! Tracimy ją! –Wstrzyknęła jej do żył rozgrzewający tojad, ale i to mało dało. Zaczęła za pomocą różnych zaklęć usuwać z jej płuc słoną wodę i wszelkie bakterie, które się tam znalazły. Płuca pracowały same, co w takich przypadkach jest niezwykłą rzadkością, dlatego panna Granger postanowiła im ułatwić wykonywanie swojego zadania. Oddech powoli stabilizował się. Zaczęła wlewać do ust małej pacjentki różne eliksiry. Kończąc swoje zadanie Hermiona rozczulona widokiem biednej dziewczynki opatuliła ją mocniej kocem.
                -Musisz być silna -szepnęła jej na odchodne.
               
                Weszła do domu ledwie trzymając się na nogach. Poszła prosto do sypialni gdzie rzuciła się na łóżko, nawet nie ściągając z siebie ubrania. Ustawiła budzik na 5.30 rano jednym machnięciem różdżki i zasnęła.
                Natrętny dźwięk nie dawał jej spokoju. Budzik. Czas wstawać, a tak dobrze było jej w ciepłej pościeli. Powoli podniosła powieki, po omacku próbując wyłączyć budzik. Kiedy jej się to w końcu udało, podniosła się do pozycji siedzącej i rozplanowała dzisiejszy ranek.  Lubiła mieć wszystko poukładane. Weszła pod zimny prysznic, który ją rozbudził i dał energie na dzisiejszy dzień. Założyła czarne eleganckie spodnie a do tego białą koszule. Typowy strój pani ordynator.  Wypiła gorącą kawę i w wyśmienitym humorze opuściła dom. Wsiadła do swojego ukochanego auta i ruszyła w stronę szpitala.
               
                Rozpoczęła obchód od przypadków wymagających najmniej czasu, na koniec zostawiając pacjentów, którym poświęcała dłuższą chwilę. Po drodze z jednej Sali do drugiej wypiła kubek czarnej kawy. W ręce zostały jej dwie karty: Johana i Alice- dziewczynki przywiezionej dzień wcześniej.
                -Dzień dobry Johan- jedyną odpowiedzią, jakiej się doczekała było lekkie kiwnięcie głową mężczyzny. Nie miała mu tego za złe. Dużo przeszedł, a teraz musiał sobie wszystko poukładać. Podobno nie chciał, aby informować kogokolwiek o jego pobycie w szpitalu. –Jak się czujesz? –na jego twarzy pojawił się grymas gdy spróbował się podnieść do pozycji siedzącej. Hermiona widząc jego poczynania podeszła i mu w tym pomogła, podkładając równocześnie poduszkę za plecy.
                -Kiedy stąd wyjdę? – jego pytanie zdziwiło szatynkę. Jej ni słuchał a sam oczekiwał odpowiedzi.
                -Jeśli będziesz ze mną współpracował i dasz sobie pomóc to myślę, że za tydzień, góra dwa. –Uśmiechnęła się do niego pokrzepiająco. I znów jedynie kiwnięcie głową. –Pozwól, że zobaczę co z twoją głową. –Rozplotła bandaże, które ukazały krótkie blond włosy, zaś w poprzek głowy ciągnęła się długa szrama. Uzdrowicielka wyczyściła ranę i zakleiła ją już jedynie zwykłym niewielkim opatrunkiem. –Od razu lepiej. –Ujęła jego twarz w dłonie, aby zdjąć wielki plaster z policzka mężczyzny, ale ten gwałtownie cofnął głowę. Hermiona wyprostowała się i spojrzała na niego pytająco. Nie spuszczała głowy ani wzroku z pacjenta oczekując jakiś wyjaśnień. Minuty ciągnęły się a ona nie poruszyła się ani o milimetr. W końcu blondyn pękł.
                -Ty jesteś Granger- jego twarz nie wyrażała żadnych emocji, a oczy przypatrywały się jej z ciekawością, czego nie mogła pojąc.
                -Dobrze, że mi powiedziałeś…  
                -Uratowałaś mnie.
                -Taki jest mój zawód, więc jeśli łaska to daj mi pracować- podeszła do niego z lekkim uśmiechem. Johan nie mógł powiedzieć, że jest brzydka, ale to jednak była brudnokrwista. Znów odskoczył jak poparzony.
                -Ty nic nie rozumiesz! Jeśli ktoś się dowie, że to tobie zawdzięczam życie i jeszcze dotykasz mnie, kiedy jestem przytomny… -jego głos się załamał- to obleśne. –Hermiona momentalnie wszystko załapała. Zabolało, ale nie mogła dać po sobie poznać, że ją to rusza.
                -No tak, jestem szlamą, i ci pomogłam. Naruszyłam twoją świętą przestrzeń arystokraty- odwróciła się na pięcie i opuściła jego salę. Od początku te rysy wydawały jej się takie szlachetne. Teraz była już pewna, że to facet pokroju fretek, takich jak Malfoy.
                Blondyn widząc ból w oczach szatynki jęknął z bezsilności. To nie tak miało zabrzmieć, ale ona już wyszła i nie mógł się wytłumaczyć.
                -Betty zajmiesz się tym spod piątki?
                -Johanem?
                -Tak –starała się by jej głos nie zadrżał wyrażając nie potrzebne emocje.
                -Ale to ty mu uratowałaś życie. Nie chcesz doprowadzić sprawy do końca? –Betty znała Hermione od roku i wiedziała, iż szatynka jest doskonałym uzdrowicielem. Podziwiała ją, a sytuacje tego pokroju nigdy nie miały miejsca.
                -Miałam taki zamiar, ale pacjent nie toleruje szlamu-westchnęła. Miała nadzieję, że swoją postawa przekonała koleżankę, ze jest jej to obojętne. –Ja idę do tej dziewczynki z wczoraj, tu masz jego kartę, z góry dzięki. –Wcisnęła jej do ręki plik dokumentów i odeszła w stronę Sali nr 19.
                Na łóżku szpitalnym spała śliczna brunetka. Wczoraj Hermiona nie skupiała się tak bardzo na jej wyglądzie, ale teraz dostrzegała niezwykle rzadką urodę dziewczynki. Po sinych ustach nie było już śladu, teraz były w kolorze soczystej czerwieni. Długie rzęsy rzucały cień na jej smukłą twarz. Szatynka nie chcąc budzić swojej pacjentki usiadł na fotelu obok łóżka i wczytała się w jej kartę. Alice Bonetti trafiła do sierocińca w wieku 3 lat. Jej rodzice wyjechali za granice zostawiając ją samą w domu z chorą śmiertelnie babcią, która umarła kilka dni później. Sąsiedzi znaleźli ją w tragicznym stanie. Aktualnie ma 10 lat. Podobno miała regularne konsultacje z psychologiem, ale nie dały one żadnych efektów. Hermionie zrobiło się żal tej małej istotki. Straciła bliskich i sobie z tym do dziś nie poradziła a na dodatek próbowała się zabić. Uzdrowicielce przypomniały się studia na mugolskim uniwersytecie medycyny. Mieli kilka lekcji o psychologii. Zaczęła się zastanawiać czy jest możliwe, że pamięta te wszystkie zdarzenia, które miały miejsce siedem lat temu. Zanotowano już kilka takich przypadków. Jedni ludzie wypierają ze świadomości złe wspomnienia a inni je zachowują i izolują zamykając się w swoim własnym świecie wspólnie z nimi. Zbadała dziewczynkę na tyle ile pozwalała jej sytuacja i starannie porównała wyniki szukając najmniejszych różnic, nie chcąc pominąć żadnego urazu fizycznego. Po skończonym badaniu doszła do wniosku, że jak na razie nic tu po niej i opuściła sale prosząc pielęgniarkę o błyskawiczną informacje w razie gdyby się obudziła. Zamierzała uzupełnić dokumenty zalegające na jej biurku, kiedy dostała wezwanie do Sali przyjęć. Tak spędziła najbliższe 4 godziny. Opatrywała, konsultowała, pomagała jak mogła. Gdy wreszcie nadeszła pora lanczu dostała informacje o wybudzeniu się Alice. Pobiegła w tamtą stronę ile sił w nogach. Potrąciła kogoś po drodze, ale przeprosiła i nie oglądając się za sobą kontynuowała bieg.
                -Co z nią? –Wydyszała, kiedy wpadła do salki pielęgniarek obok Sali 19.
                -Sara jest u niej na razie.
                -Trzymajcie kciuki, żeby było wszystko okej. –Kobiety posłały w jej kierunku pokrzepiający uśmiech. Uzdrowicielka była pełna obaw gdyż skutków samobójstwa nigdy nie da się przewidzieć.
                -Dzień dobry –powitała dziewczynkę ciepłym uśmiechem podchodząc do jej łóżka.
                -Dzień dobry – mała, niewinna, wystraszona. Hermionie nie mieściło się w głowie jak tak mała osóbka może mieć tyle za sobą złych doświadczeń.
                -Jestem Hermiona, jeśli chcesz możesz do mnie mówić po imieniu.
                -Hermiona, gdzie ja jestem? –Szatynka uśmiechnęła się widząc, że dziewczynka nie boi się jej.
                -W szpitalu. Masz na imię Alice, prawda?
                -Ali. –Poprawiła uzdrowicielkę, na co ta się uśmiechnęła. –A czemu nie w niebie? Podobno, kiedy się umiera to trafia się do nieba. –Zasmuciła się. Panna Granger była zaskoczona słowami dziewczynki. –Myślałam, że jesteś aniołkiem i sprawisz, że będzie pięknie-Brunetka odwróciła się plecami do uzdrowicielki i zwinęła w kłębek, tworząc niewidzialną skorupę, która miała ochronić ją przed całym światem. Hermiona widząc to przysiadła się na łóżko, chcąc zmniejszyć dystans między nimi.
                -Dlaczego myślisz, że w niebie jest pięknie?- Zainteresowała się.
                -Bo tam są aniołki.
                -Ale tu też są.
                -Nie prawda! –zaperzyła się. Podniosła się do pozycji siedzącej i spojrzała oburzonym wzrokiem na Hermione. –Aniołki są dobre, i mają dużo siostrzyczek, braciszków i mają tatę i mamę. Żyją na chmurkach i mają śliczne aureolki i całe są takie piękne!
                -A jeśli obiecuję ci pokazać aniołka poczekasz tu na mnie 15 minut? –Uśmiechnęła się do małej ślicznotki, która nieśmiało odwzajemniła uśmiech, a jej oczy zrobiły się duże z podekscytowania. Pokiwała głową. - Ale musisz tu grzecznie leżeć i wypić szklankę z tym niebieskim napojem. To uciekam –pocałowała dziewczynkę w policzek i ruszyła w stronę swojego gabinetu, aby ściągnąć kitel. Miała teraz przerwę, więc mogła opuścić szpital. Pospieszyła do mugolskiego centrum, które znajdowało się dwie przecznice od szpitala. Weszła do sklepu z zabawkami dla dzieci i od razu wyjaśniła kobiecie z obsługi, czego potrzebuje.
               
                -Już jestem! –Obdarzyła małą pacjentkę szerokim uśmiechem i wręczyła jej ogromny pakunek.
                -Łaaaał, to dla mnie?
                -A widzisz tu jeszcze kogoś oprócz nas? –Alice nie mogła zamknąć ust ze zdziwienia. –Raz dwa, otwieraj! –Nie trzeba było powtarzać dwa razy. Po minucie pudełko było rozpakowane, a na łóżku było pełno słodyczy i innych przedmiotów, które Ali widziała po raz pierwszy.
                -Jak w święta z filmów! Jesteś wspaniała! –Rzuciła się szatynce na szyje. Kiedy już ekscytacja minęła nagle posmutniała. –Ale aniołka tu i tak nie ma.
                -Skarbie –wzięła dziewczynkę podniosła do pionu i postawiła na łóżku tak, że były praktycznie na równi. Wzięła z łóżka nowiutką różową szczotkę – aniołki są piękne- zaczęła powoli rozczesywać jej włoski uważając by jej nie poszarpać- mają białe sukieneczki i co najistotniejsze  mają śliczne aureolki –powtórzyła jej słowa uśmiechając się ciepło. Podniosła z łóżka białą aureolkę i wpięła w jej śliczne czarne włoski. -Mają mamę i tatę, tak jak każdy z nas.
                -Ja nie mam!
                -Ależ masz! Nikt ci nie mówił, że są zawsze z tobą?
                -Przecież ich tu nie ma.
                -Są tutaj-wskazała jej serduszko i przyłożyła jej mała rączkę. –Czujesz?
                -Coś puka.
                -No właśnie, są w twoim serduszku i pukają do ciebie dając ci znać ze są przy tobie. A wszyscy ludzie są podobnież rodzeństwem, bo kiedyś nasi pra pra pra dziadkowie mieli jednego tatusia.
                -Więc jesteś moją siostrą?
                -Poniekąd, ale baaaardzo bardzo daleką. –Wzięła dziewczynkę na ręce i podeszła z nią do lustra. –Kogo tam widzisz?
                -Siebie.
                -Masz aureolkę, rodziców, braciszków, siostrzyczki! – Okręciła dziewczynkę wokół własnej osi. -Zgodnie z tym, co opowiadałaś mi o aniołach to ja tu widzę jednego z nich. I jak aniołku? Wywiązałam się z obietnicy?
                -Taaak! –Krzyknęła uradowana brunetka, dając buziaka w policzek szatynki i przytulając się mocno do niej.
                -A teraz chyba czas trochę odpocząć. Spróbuj zasnąć.
                -Ale dzisiaj jest tak jak w bajkach. A w bajkach zawsze są bajki na dobranoc!          
                -No dobrze opowiem ci bajkę o czerwonym kapturku.- Wymieniły się szerokimi uśmiechami.
                -Hermiona? Obiecujesz mi coś? –Oczy Ali spojrzały na nią błagalnie.
                -A co mam ci obiecać?
                -Ale obiecasz? –Brunetka była nieugięta. W końcu szatynka uległa jej urokowi, modląc się, aby jej prośba była możliwa do spełnienia.
                -Obiecam.
                -Bądź przy mnie jak się obudzę.


               
               



niedziela, 8 lutego 2015

3. Drzwi

-Witam wszystkich serdecznie na pokładzie samolotu Porta Caelum 99 linii lotniczych FAIRair- „drzwi nieba” jak przetłumaczyła sobie w głowie Hermiona, śmiejąc się w duchu z niedorzeczności tej nazwy. Prędzej już drzwi piekła, Malfoy nie zapowiadał nic dobrego. – Nazywam się Dracon Malfoy. Jestem –arystokratycznym dupkiem, dokończyła w myślach – założycielem FAIRair i będę miał dzisiaj przyjemność pilotować ten oto samolot. Życzę miłego lotu i oczywiście proszę korzystać z wszelkich dogodności bez ograniczeń. –Skinął lekko głową i zniknął za drzwiami kokpitu.
Gdy samolot startował szatynka zaczęła się zastanawiać, dlaczego na biletach nie dołożył rubryki „status krwi”. Czyżby nade wszystko ważniejszy był zarobek? Nawet kosztem tego, iż samolot pobrudzi się szlamem?
-Przepraszam, czy mogę prosić o poduszkę? –Zaczepiła jedną ze stewardess, piękną brunetkę o długich nogach. Pewnie jedna z dziwek Malfoy ’a. Teraz to dopiero musiał szaleć, do wyboru do koloru, jego własnoręcznie skompletowany personel. Ciekawe jak wyglądała rozmowa kwalifikacyjna. Małe fiku miku w jego sypialni? Czy może robili to w bardziej profesjonalnym miejscu np. na takim biurku szanownego pana dyrektora.
-Proszę –z szerokim uśmiechem niejaka Madelaine, której imię poznała dzięki identyfikatorowi podała jej zieloną poduszkę. Czy ślizgoni mają jakiś sentyment do tego koloru czy jak? –Te i inne myśli zaprzątały głowę panny Granger dopóki ta nie spoczęła na miękkim materiale. Odpłynęła w krainę Morfeusza, co po 24 godzinach na nogach było dla niej zbawienne.
Poczuła lekkie szarpnięcie za ramię. Jej powieki usilnie strajkowały nie chcąc się podnieść. Kiedy im się to w końcu udało oczy ich właścicielki ujrzały blondynkę, która wyglądała jak światowej klasy modelka.
-Będziemy już lądować, proszę zapiąć pasy.
-Ach, dziękuje za obudzenie mnie i za poduszkę- oddała ją bardzo niechętnie w ręce kobiety. Spojrzała na zegarek. Dochodziła godzina 11. Nie jest tak źle. Prawie cztery godziny snu, powinno starczyć na przetrwanie dzisiejszego dnia-pomyślała a po chwili zreflektowała się. 11. Godzina  11. Jak to możliwe? Wyjrzała przez okno. To na 100% był Nowy York . Dojrzała nawet Statuę Wolności. Cztery godziny. Czy to możliwe? Wzięła do rąk teczkę i szybko przejrzała jej zawartość. Do pliku najważniejszych dokumentów typu bilet, rezerwacja w hotelu, plan całego wyjazdu była dołączona ulotka FAIRair. Mimo turbulencji była wstanie odczytać, co ważniejsze informacje. Znalazła to, czego szukała „Linie lotnicze FAIRair posiadają najszybsze oraz najbardziej ekskluzywne samoloty na świecie” – to by się zgadzało. Czyli wcale to nie był żaden żart tylko rzeczywiście dostała się do Ameryki w ciągu czterech godzin. Od razu zajrzała do planu. O 14 zaczyna się konferencja, o 18 bankiet. Około godziny 21 musi wylecieć do Londynu, aby być z powrotem o 7 w szpitalu. Przez chwile zastanawiała się ile może kosztować jej dzisiejszy bilet do Nowego Yorku, ale po chwili dochodząc do wniosku, że to pewnie jej miesięczna wypłata o ile nie dwie postanowiła wrócić tradycyjnym samolotem, w klasie ekonomicznej. Nie lubiła wydawać pieniędzy na zbędne luksusy. Przynajmniej w drodze powrotnej się wyśpi. I z tą myślą opuściła samolot ciągnąc za sobą swój niewielki bagaż podręczny. Znów stała w niewielkiej hali odlotów. Najwyraźniej Malfoy nie chciał korzystać z lotnisk mugolskich i zbudował swoje własne, prywatne. Opuściła budynek szukając wolnej taksówki, które ustawiły się w kolejce przy samym wejściu, a do każdej z nich wsiadali kolejni drogo ubrani ludzie- najbardziej szanowani uzdrowiciele z całej Europy i ona. Dwudziesto-trzy latka. Tak bardzo nie pasowała do nich wszystkich. Co ona tu w ogóle robi? A tak, została zmuszona przez Sama do przebywania w tym jakże wspaniałym towarzystwie pełnym zakochanych w sobie egoistów na czele z per arystokratą Malfoy’em. Gorzej być nie mogło, a jednak. Gdy już miała wsiadać do auta, ktoś chrząknął za jej plecami dając o sobie znać. Odwróciła się i ujrzała blondwłosego mężczyznę z szerokim uśmiechem na twarzy i oczami, w których mieniły się wszelkie odcienie nieba.
-Przepraszam, nie chcę się narzucać, ale może mógłbym panią podwieźć? –Hermiona zdębiała. Uprzejmy ton, ta postawa, to nie pasowała do tego Malfoy’a którego ona znała, ale chwila, pani? I wszystko wiadome, nie poznał jej.
-Nie, dziękuję-odpowiedziała chłodno, a przed jej oczami stanęły wspomnienia z lat szkolnych. Te godziny, które spędziła płacząc w poduszkę z powodu głupiego arystokraty. Odwróciła się z zamiarem otworzenia drzwi taksówki, jednak Draco zdążył zauważyć w jej oczach coś dziwnego. Strach, ból a może niepokój? Albo wszystko jednocześnie. Złapał ją lekko za ramię i odwrócił w swoją stronę.
-Coś się stało? Może mógłbym jakoś pomóc? –dobre wychowanie nie pozwalało mu zostawić obojętnie cierpiącej kobiety. A poza tym te jej oczy, wydawały mu się dziwnie znajome. Zatopił się na chwile w ich czekoladowej barwie, próbując wyczytać z nich, co kieruje kobietą. –Czy my się przypadkiem nie znamy? –Hermiona wyrwała mu momentalnie rękę, wyrywając się z chwilowego letargu. Zerwała z nim kontakt wzrokowy i już unikając jego świdrujących ją źrenic odpowiedziała.
-Odejdź. –Nerwowo się zaśmiała, a on popatrzył na nią sceptycznie nie wiedząc, o co jej chodzi. Zaintrygowała go. Jeszcze żadna kobieta, nigdy, ale to nigdy go nie zbyła. –Odejdź, bo jak sobie już uświadomisz, co robisz –tu spojrzała na jego rękę, której jeszcze nie opuścił po tym jak mu się wyrwała- to do końca świata och per arystokrato będziesz się musiał szorować ze szlamu- ostatnie słowa już wykrzyczała, zwracając uwagę kilku ludzi. Korzystając z jego chwilowego oszołomienia szybko wsiadła do żółtego auta i kazała taksówkarzowi ruszać. Szatynka uspokajała się chwile, usilnie starając się powstrzymać napływające do oczu łzy, a gdy jej się to już udało poinstruowała starszego mężczyznę gdzie jechać.

Taksówka odjechała, a on nadal stał jak słup. Znał ją, a ona jego. Wiedziała, że jest arystokratą, a ona sama mu powiedziała, że jest szlamą. Dużo znał czarodziei, o brudnej krwi. Trochę wrogów mu się przez lata nazbierało dzięki poglądom ojca, między innym Święta Trójca. Zaraz, zaraz. Wróć. Święta Trójca. Rudy, Potter, Granger. No właśnie, czy to mogła być Hermiona Granger? Największa kujonica, jaką znał Hogwart? Ta kobieta, która przed chwilą zniknęła była piękna, idealna i te oczy… a do tego miała charakter. Wszystko to, czego Granger nigdy nie miała. Ruszył w kierunku swojego Porsche Carrera GT1 przeszukując zakamarki swej pamięci, poszukując tajemniczej dziewczyny, byłej uczennicy Hogwartu –oczywistym było dla niego, że tam się poznali. Tylko w szkole nękał brudno krwistych. Przed nią nie znał ludzi tego pokroju a po wojnie zrozumiał, że ten podział jest bezsensowny, więc już nie używał słowa „Szlama”.

Zimny prysznic orzeźwił ją i dał ukojenie jej zszarganym nerwom po spotkaniu z Malfoy’em. Przestała o nim myśleć. Już i tak go więcej nie zobaczy. Był pilotem i to tyle w temacie. Nawet nie wraca jego samolotem. Na szczęście. Opuszczając w ręczniku łazienkę podeszła do torebki i wyciągnęła z niej małego notebooka, z którym się nigdy nie rozstawała. Mugolski wynalazek a jakże przydatny. Tak właściwie samoloty też były mugolskie, a Malfoy je miał, co prawda podrasowane magią, ale jednak mugolskie. Eh i znów o nim myśli, skarciła się w duchu. Weszła na stronę „ryanair” i wyszukała odpowiedniego lotu o 21.30, Odprawa godzinę wcześniej, więc podsumowując spędzi w towarzystwie tych obrzydliwie bogatych buraków tylko dwie godziny. Świetnie. Zadowolona ze swojej pomysłowości, kupiła bilet przez Internet. Już miała odejść, aby zacząć się przygotowywać do konferencji gdy notebook zaczął wydawać znany jej dźwięk- Skype. Dominic dzwonił. Uwielbiała w nim wszystko a w szczególności to, że pomimo, iż jest arystokratą, szanuje wszystkich ludzi i jest pełen podziwu dla sprzętu skonstruowanego przez niemagiczne istoty. Sam w domu posiadał mnóstwo mugolskich urządzeń. Laptop, telewizor, mikrofalówka, komórka… komórki ostatnio nawet w świecie czarodziejskim stały się popularne. Wcisnęła przycisk „odbierz”.
-Hej Dom! Jak się czujesz? –zawołała uradowana.
-Bywało lepiej –westchnął –a ty?
-Pięknie tu jest, mam pokój na 40 piętrze, wielki apartament z widokiem na centrum i jest tu gorąco!
-A w Londynie leje. –odpowiedział smutno. Jego głos przepełniała gorycz i smutek.
-Ej, nie martw się. Wszystko będzie dobrze. –chwile zastanawiał się jak go pocieszyć, z doświadczenia wiedziała, że puste słowa na nic się nie zdadzą, ale teraz nie ma jej przy nim.- Wiesz, ja też przez to przechodziłam, straciłam obojga rodziców. Wtedy zatopiłam swoje smutki w pracy, ciągle rozpamiętywałam chwile, w których się z nimi kłóciłam zastanawiając się ile straciłam na to naszego wspólnego cennego czasu, który się skończył i już nie powróci. Rok zajęło mi zrozumienie, że źle do tego podchodzę, bo nie powinno się wspominać tych złych chwil tylko te dobre, wspaniałe, niepowtarzalne. Pamiętasz jak w zeszłym roku kupiłeś swojej mamie z okazji 89 urodzin 89 różnych herbat i filiżanek? Jej szczęście? To był zarazem szalony jak i rewelacyjny pomysł. Przypomniał jej te wszystkie 89 lat. Wzloty i upadki. Była cudowną kobietą, jedyną w swoim rodzaju. Ktoś powiedział nie żałuj umarłych, żałuj żywych żyjących bez miłości. Ona przeżyła swoje życie, kochała ciebie, oraz twojego ojca. Teraz gdzieś tam będą mogli być razem, a przyszła kolej na to abyś ty przeżył swoje życie. Ja straciłam rok na użalaniu się nad sobą. Tobie na to nie pozwolę.
-Dziękuję- słyszała, że jego głos lekko drży. Płakał. –Dziękuję, że jesteś.  
-Dominic, ja zawsze będę, nigdzie się nie wybieram. No może poza dzisiejszym dniem, ale to przymus.
-No pani doktor, za godzinę wygłosi przemówienie. Jestem z ciebie dumny-powiedział już nieco weselszym tonem.
-Że, co? Za godzinę? O matko. –Ręce zaczęły jej drgać.
-Oddychaj-poinstruował ją przyjaciel domyślając się, w jakim jest stanie.
-Ale ja nie mam nic przygotowanego! –zaczęłą nerwowo chodzic po pokoju.
-Jesteś już ubrana, wymalowana i wgogóle?
-Nie! –Jej krzyk, mimo, iż za pośrednictwem laptopa, dobił jego bębenki słuchowe.
-Chyba oguchłem.
-Dom! To nie jest śmieszne!
-I nie miało być, a teraz uważnie słuchaj –jego głos był opanowany, sprawił, że Hermiona przystanęła w miejscu i całą swoją uwagę skupiła na notebooku.
-Masz 20 minut, żeby się ubrać i sprawić, ze powalisz tam wszystkich na kolana. 20 minut! Czekam, raz dwa biegnij do łazienki! –Odpowiedzi się już nie doczekał gdyż panna Granger całą swoją uwagę poświeciła sukience i makijażowi. Na końcu związała swoje włosy w koka, wyperfumowała się, i pomalowała swoje usta soczystą czerwienią.
-Jestem! –zawołała w stronę ekranu.
-No to się pokaż- jak powiedział tak zrobiła, po czym sam włączył swoja kamerkę. Na jego twarzy malowało się zdumienie.
-Łaaaał, 18 minut. Wiesz, to jest przerażające, co ujrzałbym gdybym dał ci godzinę.
-Już nie przesadzaj –mrugnęła do niego. –Jak chcesz mogę się iść przebrać.
-Nie ma takiej możliwości! –Zaperzył się. –Wyglądasz… cudownie.
-Dzięki –zarumieniła się-, ale to nie czas na rozważania na temat mojej kiecki.
-Nie kiecki, tylko ciebie, ale tu się zgodzę mamy -spojrzał na zegarek -31 minut, aby zaplanować cały twój występ.
-Ja chyba nie dam rady –załamała się.
-Ej, nie pękaj w końcu jesteś gryfonką! Bierz kartkę i notuj. Wiesz już, o kim chcesz mówić? O którym przypadku? –Wypytywał.
-Myślałam nad Mailey, to było dawno, ale chyba ten przypadek najbardziej zapadł mi w pamięć.
-Dasz radę? –Jego głos przepełniony był troską.
-Muszę.

-A teraz mam przyjemność przedstawić wam najmłodszego ordynatora szpitala, z jakim przyszło nam do tej pory obcować, a zarazem najbardziej profesjonalnego i wyrafinowanego w swoim rodzaju. Głównie zajmuje się urazami pozaklęciowymi, w czym jest niezastąpiona. Zapraszam i mam zaszczyt wam przedstawić pannę Hermione Granger! –Zawołał z entuzjazmem starszy mężczyzna, z którym szatynka miała raz okazje pracować, kiedy odwiedzał ich szpital. Był to miły starszy człowiek, doświadczony życiem.
Zza kurtyny wyszła kobieta, na której widok męska część widowni zaczęła się ślinić. Dla postronnych obserwatorów była pewną siebie kobietą, dumną, pewną swoich wartości, lecz każdy, kto ją znał wiedział, że to tylko pozory. W rzeczywistości była pracoholiczką, która za wszelką cenę nie chciała pokazywać innym swoich słabości. Nie chciała litości. Dlatego teraz zacisnęła zęby, uniosła wysoko głowę i wkroczyła na scenę.
-Witam, nazywam się Hermiona Granger. Jestem uzdrowicielem w szpitalu św. Munga w Londynie. –Wciągnęła głośno powietrze i kontynuowała. –Rok temu przywieziono do nas siedmioletnią dziewczynkę- Mailey.

W tym samym czasie, kiedy na scenę weszła szatynka o czekoladowych oczach, platynowłosemu arystokracie opadła szczęka.
-Granger. Jednak Granger. Niemożliwe. Przystawiałem się do Granger. –Szeptał pod nosem. Jego monolog trwałby dłużej gdyby nie szturchnięcie wyraźnie zainteresowanego jej przemową starca. –Świat się wali. –Pomyślał, po czym podparł głowę ostentacyjnie wzdychając, czym przykuł uwagę kilku najbliższych osób. Swoją uwagę postarał się skupić na przemowie, ale skutecznie odwodziło go od tego ponętne ciało mówczyni. Rzadko kiedy jakaś kobieta robiła na mi takie wrażenie, a jej w żuciu nie spodziewałby się tego po Grenger… Brudnokrwistej… Szlamie… -tak dawno nie używał tego słowa, po wojnie zrozumiał wiele swoich błędów i nie dzielił już ludzi na lepszych i gorszych, o czym świadczyły nawet jego linie lotnicze którymi podróżowali również mugole, ale Granger – to inna historia. Jego rozmyślenia przerwała wrzawa oklasków. To było szczególnie dziwne gdyż ludzie zazwyczaj schodzili w zupełnej ciszy ze sceny.
-Zdumiewające! Taka młoda a taka inteligentna i ambitna! Krótko, treściwie, na temat i co najważniejsze ujmująco! Będzie z niej wyśmienita uzdrowicielka! –Zagadywał go sąsiad po prawej, zachwycony kobietą.
-Taaa, z pewnością. –Nie przejmując się karcącym wzrokiem mężczyzny wstał i ruszył do wyjścia.

-Zrobiłam to, udało mi się! –Nawijała do komórki jak najęta- na początku myślałam, że nie dam radę, ale przypomniałam sobie twoje ostatnie słowa, że jestem gryfonką a oni się nie poddają. Wyszłam i opowiedziałam!
-Jestem z ciebie dumny, rodzice Mailey też by byli gdyby to słyszeli.
-Nie jestem tego taka pewna. –Jej nastrój momentalnie się zmienił.
-Miona przedłużyłaś jej życie o pół roku! To cud, ten przeszczep był pierwszym w Londynie w magicznym szpitalu, a na dodatek na takiej małej istocie.
-Ale jej nie uratowałam.
-Masz racje, dałaś jej znacznie więcej. Dałaś jej pół roku w miarę normalnego życia wspólnie z rodziną.
-Wiesz Dom, ja już będę kończyć, muszę się przygotować na bankiet.
-Okej, masz na nim oszołomić wszystkich! I nie martw się już tą historią, było minęło, a ta konferencja pozwoli spojrzeć ludziom na to z innej strony, może znajdą się kolejni wystarczająco odważni by się do tego posunąć. Trzymaj się Mionka, pa. –i rozłączył się. Zamyślona nad jego słowami, chowając komórkę do torebki wpadła na coś twardego. Upadłaby gdyby nie przytrzymała jej silna ręka w tali.
-Och przepraszam-podniosła głowę do góry i spojrzała prosto w stalowe tęczówki mężczyzny.
-Aż tak oszołomiła cię moja uroda? Lecisz na mnie po jednym spotkaniu? –uniósł do góry jedną brew kpiąco się uśmiechając.
-Sory Malfoy, ale jak tak zagadujesz „panie” z agencji towarzyskich to chyba liczą sobie za to podwójnie.
-Dla twojej wiadomości ja nie muszę nikomu płacić za sex, kobiety same do mnie lgną.
-Patrz, twój cały świat właśnie legł w gruzach. Nie lecę na ciebie, bo wiesz, a właściwie skąd masz wiedzieć! –Zaśmiała się dźwięcznie- istnieje coś takiego jak mózg, a ja go posiadam! Poczytaj o nim w atlasie anatomii. –już go chciała wyminąć, kiedy chwycił jej dłoń i spojrzał prosto w oczy.
-Tak właściwie to nadal jest cały, bo rozmawiamy o kobietach –zmiażdżył ją spojrzeniem zwycięzcy i tym razem to on wyminął ją. Kiedy był już w drzwiach dobiegł go wesoły głos byłej gryfonki.
-Taki bogaty a nie stać cię na bilobil? Poproś jedną ze swoich lasek żeby ci kupiła, na pewno będzie zachwycona, że zapamiętasz jej imię. To i tak dużo na tak mały mózg, więc go nie przeciążaj –puściła mu oczko- i to ty na lotnisku śliniłeś się na mój widok. –Zachwycona swoją wygraną przeszła obok blondyna nie zaszczycając go ani jednym spojrzeniem. Malfoy był zły, on jest arystokratą i nikt nie będzie go obrażał.
-Myślałem, że na takie imprezy zaprasza się tylko ludzi godnych magii. Nikt mnie nie uświadomił, że będzie tu pełno szlamu. –O ile do tej pory była górą tak teraz poczuła się jak kompletne zero. Przypomniały jej się te wszystkie szkolne lata. Ich dzisiejszą słowną potyczkę wzięła, jako zabawę, ale teraz już oprzytomniała. To Malfoy, zasrany dupek, który na zawsze pozostanie bezuczuciowym arystokratą. W jej oczach stanęły łzy. Nie potrzebnie wdawała się w tą głupią dyskusję. Nie były to łzy takie jak w Hogwarcie- bólu i cierpienia, że jest gorsza. Teraz wiedziała, że są równi. Były to łzy spowodowane jej głupotą i bezsilnością. Wyszła z budynku na zalaną słońcem ulicę pozostawiając blondyna w budynku. On dostrzegł te łzy. O ile nie ruszały go kobiety płaczące po tym jak je rzucił tak po tym widoku nie mógł się otrząsnąć. Był wściekły, ale to nie tłumaczy jego arystokrackiego zachowania. „Wesoło” się kłócili, ale on jak zwykle musiał przesadzić. Tak właściwie teraz panna Granger go zaintrygowała. Z jednej strony piękna, pyskata, ambitna kobieta, a z drugiej tak delikatna. Ale, o czym on myśli. To Grenger… Oni się nienawidzą.
Wpadła do swojego apartamentu i od razu zrzuciła z siebie sukienkę, i weszła pod zimny prysznic. Jej oczekiwania zostały spełnione, zmył z niej wszystkie przykre wspomnienia z dzisiejszego dnia. Doszła do wniosku, że nie ma sensu przejmować się fretką-zaśmiała się w duchu na to określenie. Zobaczy go pewnie jeszcze dziś na bankiecie a potem będzie już miała święty spokój. Starannie wytarła ciało i wysuszyła włosy, dzięki czemu były idealnie proste. Zrobiła sobie lekki makijaż, podkreślając usta czerwoną szminką i założyła wybraną na dzisiejszą okazje kreacje. Bordowy materiał idealnie pasował do ciała panny Granger. Z niewielkim dekoltem, ale odsłoniętymi całymi plecami, mogła uwieść nie jednego mężczyznę. Suknia była asymetryczna, więc ukazywała kawałek jej długich zgrabnych nóg. Końcowy efekt był porażający.
-Czasem trzeba zaszaleć –szepnęła do siebie i ruszyła na bankiet.

Mężczyźni wodzili za nią wzrokiem, wyróżniała się na tle wszystkich innych kobiet. Co rusz prowadziła z kimś rozmowę.
-Panna Hermiona Granger jak mniemam? –Podszedł do niej jeden ze starszych obrzydliwie bogatych biznesmenów. –Marcel Ought, miło mi panią poznać.
-Dzień dobry, mi również- wyciągnęła do niego dłoń, którą on ucałował.
-Co taka piękna kobieta robi na balu sama?
-Została zmuszona do przyjazdu tutaj –wymuszenie uśmiechnęła się.
-Chętnie dotrzymam pani towarzystwa – jego dłoń powędrowała na talie dziewczyny. CO za bezczelny typ pomyślała.
-Dziękuję, ale nie skorzystam, jestem tu w sprawach tylko i wyłącznie służbowych- wyplątała się z jego uścisku i nim zdążył coś powiedzieć zniknęła w tłumie. Popijając jeden z kolorowych drinków, przyglądała się wirującym na parkiecie parom. Jest tu zaledwie 10 minut a już zdążyła znienawidzić Sama za jego głupie polecenie służbowe.
-Czy mógłbym prosić panią do tańca? –z rozmyślań wyrwał ją głos przystojnego mężczyzny mającego około 30 lat. Wysoki, szatyn, o czarnych oczach. Przystojny i może umie tańczyć- pomyślała.
-Chętnie – uśmiechnęła się ciepło. W zupełnej ciszy przetańczyli najbliższe pół godziny, po czym wyszli na wielki balkon przygotowany również dla gości.
-Całkiem nieźle tańczysz- zagadnęła go wesoło.
-Ty też jesteś całkiem, całkiem w te klocki –był wyluzowany, co kojąco działało na zszargane dzisiejszym dniem nerwy panny Granger. –Tak w ogóle jestem Mike.
-Hermiona, jesteś Amerykaninem?
-Nie, anglikiem, ale pracuję we Włoszech. Za to ciebie o pracę pytać nie muszę. Zrobiłaś nie małe wrażenie dzisiejszą przemową. Pierwszy uzdrowiciel, który pokusił się o przeszczep serca. Jestem pełen podziwu.

-Zmieńmy temat- poprosiła. Szatyn nieco się zmartwił smutkiem w oczach kobiety, ale przystał na propozycję. Rozmawiali na niezobowiązujące tematy. Gdy na dworze zrobiło się chłodno weszli do środka, a jakiś mężczyzna podszedł do nich i zaczął prowadzić niezobowiązującą rozmowę z Mike’iem. Hermiona zaczęła się nudzić, a widząc, że jej kolega przestał się nią interesować odeszła w stronę stołu z przekąskami. Nie minęły dwie minuty a poprosił ją do tańca przystojny blondyn-Jose. Potem, co kawałek zmieniała partnerów, aż wybiła godzina 20 i stwierdziła, że czas się zbierać. Przeprosiła aktualnego partnera i zaczęła kierować się w stronę wyjścia. Nagle przed nią wyrósł przystojny mężczyzna o platynowych włosach.