czwartek, 4 czerwca 2015

Jeśli ktoś byłby ciekawy jak owe auta wyglądają:

Aston Martin DBS Volante





Porsche Carrera GT1

6. Czas

GPS doprowadził ją na przedmieścia Londynu. Ogólnie miejsce było znajome- prywatne lotnisko, malownicze łąki…, ale teraz zaparkowała przed dwupiętrowym budynkiem, który każdy postronny obserwator wziąłby za dom, łącznie z nią, jednak adres nie kłamał, a mugole nie wybudowaliby go w cztery dni- była pewna, że w niedziele jeszcze tu nic nie stało. Przekręciła kluczyk w stacyjce i wyszła z auta obładowana wszystkimi teczkami. Już miała kierować się w stronę drzwi budynku, kiedy jej wzrok przykuł mały czarny punkcik, który powiększał się z każdą sekundą. Pomruk silnika dał o sobie znać dopiero w odległości zaledwie 20 metrów. Obiekt jej zainteresowanie zaparkował tuż za jej Aston Martinem. Jak się okazało jego kierowcą był platyno włosy arystokrata, na którego widok Hermionie od razu zrzedła mina.  Co prawda wiedziała, że go tu zastanie, ale nie spodziewała się, że jeździ jej wymarzonym Porsche Carrera GT1. Przed jego kupnem powstrzymywało ją przywiązanie do jej Aston Martina DBS Volante. Lubiła prędkość i wszystko, co się z tym wiąże. Dzięki niej czuła się wolna, a wszystkie „ważne” sprawy schodziły na bok.
-No no Granger, nieźle, panna wiem to wszystko i kabriolet- zaśmiał się dźwięcznie, co przywróciło Hermione do rzeczywistości.
-Malfoy nie przyszłam tu na pogaduszki o samochodach. Na dodatek z tobą.
-Co to miało znaczyć? –Uniósł jedną brew do góry –czy ty sugerujesz, że ja się nie znam na autach?
-Nie mam zamiaru a tym bardziej ochoty dyskutować z tobą na ten temat.
-Czy ty przypadkiem nie plujesz jadem na mój widok z powodu tego cacka? –wskazał swój samochód.
-Jak masz jakieś chore urojenia to idź do psychiatry –jej ton może i był przekonujący, ale zdradził ją rumieniec. Blondyn wybuchnął niepohamowanym śmiechem.
-Jakbyś ładnie poprosiła… nie, to i tak bym ci nie dał się nim przejechać. Ale zawsze możesz próbować. Chociaż… jeśli wymyślisz coś naprawdę interesującego to
-Skończ te głupie inscenizacje- przerwała jego wypowiedź. Nie chciała się dowiedzieć, co miał na myśli mówiąc „interesującego”. –Załatwmy to szybko, nie mam ochoty oglądać cię dłużej niż to konieczne.
-Aż do tego stopnia poraża cię moja uroda?
-Sory, nie kręcą mnie fretki. –Odwróciła się na pięcie i sama poszła w kierunku drzwi. Po chwili dogonił ją Malfoy. Wyjął różdżkę i dotknął nią klamki, którą oplotła niebiska nic, która wiła się wokół, aż do nadgarstka. Wtedy zamki szczęknęły a Dracon popchnął drzwi przepuszczając w nich szatynkę. Mimo, że zdziwiło ją jego zachowanie, postanowiła zostawić je bez komentarza.
Kiedy przekroczyła próg stanęła w kawowym pomieszczeniu. Dookoła znajdowało się 6 par drzwi, a na wprost marmurowe schody, na które blondyn wskazał zapraszającym gestem. Na piętrze znaleźli się również w tego samego koloru korytarzu, z tą różnicą, że mniejszym, bo było tu o jedne drzwi więcej. Malfoy poprowadził ją do pokoju na końcu korytarza. Gdy podeszli do drzwi puścił Hermione przodem. Już miała nacisnąć klamkę, kiedy zauważyła wygrawerowane na drewnianych drzwiach „Hermiona Granger”. Teraz już była pewna. Ta arystokratyczna fretka wiedziała. Wiedziała już w Nowym Jorku, że będzie tu pracować ona, tylko, czemu się na to zgodził?
-Granger pospiesz się, nie mam wolnego całego dnia. –Kiedy się ocknęła weszła do pomieszczenia, który miał być jej gabinetem. Zatrzymała się na środku podziwiając, z jaką trafnością zostały dobrane do siebie meble z ciemnego drewna, jasne skórzane fotele i kremowe ściany z kamienistymi wstawkami. Po prawej od wejścia był kominek, a obok niego dwa puste regały, które w bliskiej przyszłości zostaną zapełnione jej książkami. Na środku pokoju stało potężne biurko, a za nim przeszklona ściana, pozwalająca widzieć jej, co się dzieje na ulicy. Była zaczarowane gdyż z zewnątrz widziano ją, jako zwykłe okno. Po lewej stała szafa, oszklone szafki na dokumenty, kolejny regał, a w kącie najbliżej drzwi wieszak.
-Mam nadzieję, że ci się podoba, bo sam musiałem zadecydować o tym pomieszczeniu, reszta jest na twojej głowie. A jak nie, to znaczy Granger, że nie masz gustu i w końcu przywykniesz do tego luksusu- kpiący uśmiech ozdobił jego twarz.
-Jest idealnie –szepnęła. Była zachwycona. Sama lepiej by go nie urządziła. W tym momencie, kiedy tak podziwiała dzieło blondyna, nie przeszkadzał jej nawet jego zgryźliwy ton.
Platyno włosy spojrzał na jej twarz, którą rozpromieniał lekki uśmiech, bardzo ładny uśmiech- pomyślał. Mogłaby się tak częściej uśmiechać. –Kiedy tak stał i ją podziwiał ona podeszła do wieszaka z zamiarem zdjęcia płaszcza. Wtedy się ocknął i usłużnie jej pomógł. Tego już nie potrafiła pozostawić bez komentarza.
-Malfoy, czy dzisiaj jest dzień dobroci dla zwierząt?
-Hmm? –Odpowiedział niezbyt inteligentnie.
-Najpierw mnie przepuszczasz w drzwiach, teraz ten płaszcz…
-Granger, ja po prostu jestem dobrze wychowany, arystokraci tak mają, a że Potter i Rudy to plebs nieznający zasad dobrego wychowania to już nie moja wina.
-I mówi to Malfoy. –Odgryzła się. Swoją drogą rzeczywiście, oni nigdy nie raczyli ją takimi drobnymi, kulturalnymi gestami.
-Brawo za spostrzegawczość. 10 Punktów dla Gryfindoru.
-Raczej starasz się zachować pozory dobrego wychowania, bo śmiem twierdzić za akurat z lekcjami etyki moralnej i kultury to nie miałeś nigdy do czynienia. –Ciągnęła swoją tyradę- przezywanie, popychanie, dokuczanie słabszym, ubliżanie z powodu majątku, uważanie się za najlepszego…
-Skończ –Jego głos był zimny, nieuznający żadnych sprzeciwów.
-Przerywanie cudzych wypowiedzi też jest nietaktowne. A wracając: to uważam, że jesteś zimnym i wyrachowanym chamem. Teraz skończyłam. No to zaczynajmy nasze „biznesowe” spotkanie.
-Słyszałaś, że ludzie się zmieniają?
-Ludzie może i tak, ale nie ty. Udowodniłeś to w Nowym Jorku. –Hardo spojrzała mu w oczy. Zobaczyła w nich ból, rozdarcie? Pomyślała, że powiedział o parę słów za dużo, ale z drugiej strony to, od kiedy Malfoy żałuję czegokolwiek? Cała jego postawa była taka opanowana, tylko te oczy…
-Masz rację, zaczynajmy. –Jego chłodny ton sprowadził ją na ziemię.
-Zapoznałam się z tymi dokumentami, które mi dałeś. Wszystko podpisane, tylko wytłumacz mi, o co chodzi z tymi raportami dla ciebie z postępu doświadczeń. Z tego to chyba szpitalowi powinnam się spowiadać. –Spojrzał na nią, przedłużając specjalnie niezręczną ciszę. Wyciągnął paczkę papierosów.
-Nie obrazisz się, jeśli zapalę?
-Nie znasz lepszych sposobów na zabijanie siebie samego? –Pytanie puścił mimo uszu i przysunął do siebie popielniczkę, którą dopiero teraz Hermiona zauważyła. Była z tego samego drewna, co biurko, więc nie rzucała się w oczy. Zapalił papierosa i zaciągnął się.
-Co tydzień w piątek będziemy się spotykać, abyś zdawała mi relacje z przebiegu badań. Chce być na bieżąco i mieć skrupulatnie prowadzoną dokumentację. Jeśli będziesz czegoś potrzebować to właśnie w piątki będziesz mi dawać listę potrzebnych rzeczy. Na dodatek w niedalekiej przyszłości musimy omówić kwestie twoich współpracowników. Masz jeszcze jakieś pytania?
-Co jest celem dzisiejszego spotkania?
-Tak właściwie to za 3 minuty powinien się tu zjawić za pomocą sieci Fiuu Marcel Frence- gość zna się na laboratoriach itp. Razem omówicie projekty wnętrz reszty pomieszczeń.
-Jakie zabezpieczenia są na tym budynku?
-Jak widziałaś mogę wejść ja i osoby, którym na to udzielę zgody przykładowo rzucając czar czasowej zgody tak jak Marcelowi. Ty mogłaś wejść, bo cię zaprosiłem. A teraz daj dłoń.
-Po co? –Jej ciało całe się spięło.
-Granger, głupia, przecież nic ci nie zrobię. Chce ci udzielić praw do wchodzenia i wychodzenia z tego budynku w każdym momencie. –Niepewnie wyciągnęła w jego kierunku dłoń. Kiedy ją ujął przez jej ciało przeszły miłe dreszcze. Malfoy był zaskoczony, jaką delikatną i miłą w dotyku miała skórę. Przyłożył do ich rąk różdżkę i wypowiedział zaklęcie niewerbalne w myślach. Ich dłonie zostały otoczone niebieską nicią, taką jak jego z klamką przy wejściu.
-I już po wszystkim, chyba nie było tak źle- uśmiechnął się do niej nadal trzymając jej drobną dłoń. Patrzyli sobie w oczy próbując się wzajemnie rozszyfrować. Pierwsza ocknęła się Hermiona i zabrała rękę. Jej policzki pokrył rumieniec, co rozbawiło Malfoy ’a. Szatynka postanowiła tego nie komentować, spuściła wzrok i czekała, aż blondyn zrobi pierwszy krok.
-Wiesz, że wyglądasz jak zombie?  -Jego głos był głęboki, poważny, jakby wyrażał troskę. Jednak wszystko by się zgadzało gdyby to nie był on.
-Jeśli to miał być komplement to coś ci nie wyszedł –uśmiechnęła się lekko.
-Ile dziś spałaś? –Blondyn nie chciał dać za wygraną.
-Wystarczająco.
-Ile? –Jego głos był zdecydowany. Hermionie przestała podobać się ta głupia wymiana zdań.
-Malfoy skończ to głupie przesłuchanie.
-Skończę jak się dowiem. –Jego spokój doprowadził do apogeum jej irytacji.
-Malfoy przestań mnie wykurzać, bo nie każdy jest tobą i nie każdy ma to, co chce. Byłam dziś na nocce, potem te durne papiery, a teraz muszę znosić ciebie, więc zamknij się już i mnie nie denerwuj! –Oczy jej rozmówcy zapłonęły. Najpierw pomyślała, że przesadziła podnosząc głos na wielmożnego arystokratę, ale szybko wyprowadził ją błędu.
-Przecież ty byłaś wczoraj w dzień na dyżurze…
-Malfoy nie udawaj zmartwionego tatusia. Nie pasuje to do ciebie. –Ta uwaga dotknęła Dracon’a. Zrozumiał, że przesadził. Poza tym, czemu interesuję się i denerwuje z powodu tej brudno krwistej kobiety?
Atmosfera w pomieszczeniu stała się napięta. Ich ratunkiem okazał się mężczyzna w podeszłym wieku o siwych włosach wyskakujący z kominka. Malfoy jak przystało na gospodarza wstał i przywitał się uściskiem dłoni z mężczyzną.
-Dzień dobry Marcelu, cieszę się że jesteś.
-Witaj Draco, miło mi, że mogę ci jakoś pomóc. Cóż to za piękna dama? –Przenikliwe niebieskie tęczówki spoczęły na szatynce.
-To Hermiona Granger. To z nią omówisz resztę projektów.
-Będzie mi bardzo miło z panią współpracować. –Podszedł do niej i ujął jej dłoń składając pocałunek.
-Mam nadzieję, że się szybko porozumiemy w tej kwestii, zależy mi na jak najszybszym rozpoczęciu badań. – Malfoy przewrócił oczami, mimo, iż nikt nie mógł tego zobaczyć. Kiedy stawała się panią doktor Granger, równocześnie stawała się wyrafinowaną, oficjalną, dumną, szanowaną, a zarazem seksowną i niedostępną kobietą. Teraz nie było po niej nawet widać tych 24 ciężkich godzin pracy.
-To ja już zostawię was samych. Mam jeszcze parę spraw do załatwienia. –Blondyn założył płaszcz spojrzał na swoich pracowników, którzy już zajęli się planami na tyle, że pożegnali go szybkim skinieniem głową. W progu obejrzał się po raz ostatni przez ramię. Brązowe włosy opadały jej kaskadą na ramiona zasłaniając twarz. W palcach obracała długopis- prawdopodobnie nieświadoma tego. Cała swoją uwagę skupiała na projektach, które przed nią spoczywały.

Marcel Frence okazał się bardzo miłym i doświadczonym w swoim fachu człowiekiem. Razem z Hermioną szybko znaleźli nic porozumienia. Spędzili wspólnie 7 godzin, nie wiedząc nawet, kiedy ten czas zleciał. Wszystko dokładnie opracowali, więc Hermiona była szczęśliwa, kiedy parę minut przed północą wchodziła do domu. Wzięła z lodówki jogurt a do tego bułkę i siadła przed telewizorem. Eliksir dopiero przestawał działać. Zmęczenie poczuła, gdy była pod prysznicem. Ostatecznie położyła się parę minut po pierwszej. 5 Godzin snu to całkiem sporo jak dla niej. Na funkcjonowanie przez 12 godzin dyżuru powinno wystarczyć.

                Budzik, szybkie śniadanie, prysznic, garderoba, auto, szpital. Hermiona działała jak robot, z letargu wyrwała ją dopiero Carl.
                -O witaj Hermiono! Dobrze, że cię jeszcze złapałem. Już wychodziłem do domu.
                -O cześć. –Jej inteligentna odpowiedź zaniepokoiła uzdrowiciela.
                -Wszystko w porządku? Kiepsko wyglądasz.
                -Tak, tak to tylko brak kofeiny.
                -Albo raczej snu. –Uśmiechnął się do niej pobłażliwie.
                -O czym chciałeś porozmawiać? –Hermiona nie chciała się z kolejną osobą wdawać w dyskusje na temat jej życia. Co oni się tak na nią wszyscy uwzięli?
                -O tej małej dziewczynce, co skoczyła z mostu. Alice. No wiesz: czarne włosy, czarne oczy…
-Tak, tak wiem, która. Nie rób ze mnie upośledzonej osoby.
-Wiesz co zapraszam cię do bufetu na kawę, bo chyba jednak wolę tą przytomną dziewczynę.
-Chyba skorzystam, ale ty przecież nie uśniesz po …
-Ja wypiję herbatę. –Przerwał jej wpół zdania.
-Ok. –Ruszyli na najwyższe piętro ramię w ramię. Kawa okazała się zbawieniem Hermiony, pochłonęła ją w minutę. Od razu poczuła się lepiej i zaczęła rozumieć powagę sytuacji. Carl miał jej do przekazania jakąś ważna wiadomość i to dotyczącą Alice.
-Co z Ali?
-No i wróciła doktor Granger. Wiesz, że sen jest zdrowszy od kawy? –Uniósł brew rozbawiony patrząc na szatynkę.
-Wiem. –ucięła szybko.  –Co z nią?
-Leki działają, ale przed nią jeszcze długa kuracja, a potem potrzebna będzie stała opieka psychologa. W jej chorobie teraz jest najważniejszy etap. Porozumiałem się z Kliniką Świętego Antoniego. To niedaleko stąd, więc można ją przetransportować za pomocą sieci Fiuu.
-Zaraz, zaraz. Czy ty chcesz ją gdzieś przenieść? Przecież to moja pacjentka! –jej wybuch zwrócił uwagę paru osób siedzących w pobliżu.
-Uspokój się. Oni specjalizują się w tego typu chorobach i mają znacznie lepsze wyposażenie pod tym kątem. Mają też oddział dziecięcy i świetnych opiekunów, którzy pomogą jej wyjść z dołka.
-Sama nie wiem.
-Hermiona ty już zrobiłaś dla niej wszystko, co mogłaś. Uratowałaś jej życie. Daj teraz innym możliwość wykazania się. Nie zrobisz wszystkiego sama. Wiem, że nie lubisz zostawiać niedokończonych spraw, ale zastanów się, co jest lepsze dla Alice.
-Kiedy by po nią przybyli?
-Jutro o 9. Mają specjalny sprzęt do transportu, więc nie musisz się o nic martwic.

Hermiona cały dzień chodziła jak struta rozważając wszystkie za i przeciw. Starała się jak najwięcej pracować, by tylko móc się na chwile oderwać od natrętnych myśli czy dobrze zrobiła godząc się na wyjazd Ali. Gdy tylko miała chwile wolnego zaszywała się na izbie gdzie zawsze brakowało rąk do pracy. Cały czas najgorsze miała przed sobą. Musiał powiedzieć tej małej o zaistniałej sytuacji. Dziewczynka obdarzyła ją zaufaniem a ta ją zawiedzie. Te i inne myśli krążyły jej po głowie nie dając spokoju. Koniec dyżuru nadszedł zbyt szybko, a brunetka cały dzień spała, więc nie było okazji do poważnej rozmowy. Hermiona nie czuła się zmęczona, wprost przeciwnie. Dzisiejsza wiadomość spowodowała napływ adrenaliny. Emocje napędzały ją, nie potrzebowała już nawet kawy. Zaszyła się w swoim gabinecie czekając na patronusa z informacją o wybudzeniu się Alice. W tym czasie zajęła się dokumentacją. Z początku szło jej to opornie, ale po chwili jej głowa zapełniła się liczbami, imionami, nazwiskami, chorobami, dając ukojenie. Kiedy uzupełniała ostatnią kartę zmaterializował się przed nią patronus, ten co ostatnio- nietoperz- dając znać, że to już czas.

-Jak się czujesz? Jest trochę lepiej? –Twarz szatynki rozpromienił szczery uśmiech. Rozczulał ją widok tej małej, ślicznej istotki.
-Trochę. Ale inne aniołki powiedziały, żebym się nie martwiła, bo jesteś dobra i miła i na pewno mnie uzdrowisz. –Hermionie stanęła w gardle wielka gula. I jak ona ma przekazać tej kruszynce, że już się prawdopodobnie więcej nie zobaczą?
-Tylko widzisz, ja się zajmuję ratowaniem życia –zaczęła powoli. –Przyjechałaś do nas w ciężkim stanie a ja ci pomogłam. I to była moja rola. Każdy w tym wielkim świecie ma jakieś zadanie, które wykonuje najlepiej jak się da.
-Czy ja też mam takie zadanie? –Oczy brunetki błyszczały ciekawością.
-Oczywiście, że tak!
-A co to?
-Tego nie wiem, ale możesz spytać aniołki może one wiedzą. Jednak najczęściej bywa tak, że nasze zadanie poznajemy, kiedy stajemy się dorośli.
-A co się dzieje kiedy zadanie się kończy? –Teraz Hermione czekał najgorszy moment.
-Wtedy rozpoczyna się nowe –westchnęła. –Moje zadanie się dzisiaj skończy i będę ratować kolejną osobę, a nowe zadanie będzie miała osoba, która zna się na twoich małych płuckach.
-Czyli, że mnie zostawisz? –Szatynka ujrzała w oczach małej strach. Przygarnęła ją do siebie i wyszeptała do ucha.
-Oczywiście, że nie kochanie. Przecież jesteś moim aniołkiem.
-To co teraz będzie?
-Dziś zaśniesz głębokim snem jak śpiąca królewna i obudzisz się w nowym, dużo fajniejszym miejscu. Będzie tam dużo takich szkrabów jak ty, więc będziesz się tam świetnie bawić.
-A jak będzie niefajnie?
-To wtedy nie należy się smucić, bo i to zadanie dobiegnie końca, a wtedy już będzie na pewno bardzo, bardzo fajnie, ale nigdy nie trać wiary. Zapamiętaj! Ale jestem pewna, że będziesz się tam świetnie bawić. Poza tym to nie zabawki czynią nas szczęśliwymi tylko wyobraźnia.
-A czy mogłabyś mi zaśpiewać kołysankę?
-Oczywiście kochanie. –Szatynka szczelnie opatuliła dziewczynkę kołdrą i przysiadła na brzegu jej łóżka, po czym zaczęła cicho śpiewać. Mimo, iż brunetka usnęła bardzo szybko, uzdrowicielka siedziała przy niej do momentu, kiedy do Sali nie wszedł Sam wspólnie z dwoma wysokimi mężczyznami. Nadzorowała całą akcje przeniesienia dziewczynki. Kiedy znikali w kominku, szepnęła w pustą przestrzeń „Do zobaczenia Ali”.





poniedziałek, 9 marca 2015

5. Początek końca

                -Halo?
                -Cześć Carl, tu Hermiona. Przepraszam, jeśli cię obudziłam. Pewnie odsypiałeś nocny dyżur.
                -Trafiłaś w sedno, ale mów, w jakiej sprawie dzwonisz i lepiej żeby to było coś ważnego, bo będziesz mnie miała na sumieniu, kiedy wykorkuje na Sali operacyjnej.
                -O to się nie martwię gdyż mam ci do zaoferowania wspaniałą, wolną noc.
                -Czy to jakaś aluzja?
                -Tylko i wyłącznie do tego, że masz okazje się wyspać. Przejmuję twój dyżur nocny.
                -A to, z jakiej racji?
                -Mam swoje powody i nic się nie martw. Normalnie zostajesz w papierach zapisany ty, więc będziesz miał do przodu 12 godzin. –Kiedy cisza po drugiej stronie się dłużyła-kontynuowała. –No dalej, nic nie tracisz, a ja i tak na noc bym tu została.
                -Za niedługo wyjdziesz za mąż za swoje dokumenty. Nie dopytuje już o nic i idę spać, o dobra kobieto. Dobranoc! –Usłyszała dźwięk informujący, iż rozmowa dobiegła końca. Z uśmiechem na twarzy zabrała się za kolejne dokumenty, które mnożyły się podczas jej nieobecności w gabinecie za pewne sprawą Vivianne- recepcjonistki oddziału pozaklęciowego. Pielęgniarki obiecały wysłać jej patronusa, kiedy będą w nocy wybudzać Ali by podać jej leki. Pomimo, że nie była tego świadoma to jej sen był skutkiem zamierzonym spowodowanym specjalnym eliksirem, który regeneruje organizm podczas snu.
O godzinie 20 przyszedł czas na obchód. Gdy Hermiona wychodziła z gabinetu zakręciło jej się w głowie. Uświadomiła sobie, że nie zjadła dzisiaj nawet lanczu. Poszła do automatu i zjadła pierwszego lepszego batonika wysokokalorycznego. Od razu poczuła się lepiej. Całodzienny dyżur dał jej w kość i chętnie bliżej poznałaby się ze swoim wspaniałym łóżkiem, ale musiała się pocieszyć dużym kubkiem kawy po skończonym dyżurze. Gdy była już w bufecie zobaczyła Therese- pielęgniarkę z oddziału zakażeń magicznych. Doszła do wniosku, że jej żołądek po całym dniu zasłużył na normalny posiłek. Zamówiła sałatkę i przysiadła się do znajomej.
-Jak tam u was? Na razie spokojnie? –Brunetka szeroko uśmiechnęła się na widok Hermiony.
-Chwilowo, ale około północy zjawi się u nas trzech nowych pacjentów. Przenoszą ich z Austrii. Tak właściwie nie wiemy, czego się spodziewać, nijak nie możemy się dogadać. Ech… Europejczycy…
-Czyli jednym słowem naładowujesz akumulatory na całą noc? –Hermiona wskazała na jedzonego przez Therese kurczaka.
-Coś w tym stylu. A jak tam u was?
-Cisza przed burzą. U nas ruch się robi nad ranem.
-To życzę wytrwałości, bo nie wyglądasz za dobrze. Jedna kawa może ci nie wystarczyć.
-Złego diabli nie biorą –puściła oczko brunetce.
-Mówię serio, bo Dominic wydłubie oczy osobie, która będzie w twojej najbliższej okolicy.
-No to trzymaj się dzisiaj ode mnie z daleka. –Obie wybuchnęły gromkim śmiechem.
Plotkowały póki nie skończyły jeść. Pożegnały się buziakiem i rozeszły, każda w swoją stronę. O godzinie 3 zmaterializował się przed Hermioną patronus w postaci nietoperza, co od razu skojarzyło jej się ze Snape’em. Na jej twarz wypłynął lekki nikły uśmiech. Zmęczenie dawało o sobie znać, więc jej nierozłącznym towarzyszem tej nocy była mocna kawa- już chyba czwarta tej nocy.
-Wybudzamy Alice. –Gacek przemówił głosem Idy- pielęgniarki z dzisiejszej nocnej zmiany.
Hermiona ruszyła szybkim krokiem w stronę Sali numer 19. Kiedy przekroczyła próg dziewczynka zaczynała się powoli przebudzać, ale nadal miała zamknięte oczy. Usiadła na krześle obok łóżka i ujęła dłoń czarnowłosego aniołka.
-Hermiona? Hermiona? –Zaczęła mamrotać na pół przytomna dziewczynka.
-Jestem tu. –Powieki Alice uniosły się ukazując czarne jak węgiel źrenice. –Jestem przy tobie. –Z niewiadomych przyczyn Hermiona czuła się odpowiedzialna za tą dziewczynkę bardziej niż, za jakiegokolwiek innego pacjenta. Czuła, że musi dotrzymać obietnicy jej danej i nie może jej zawieść.
-Czy ja nadal jestem aniołkiem?
-Kochanie, ty zawsze nim będziesz. –Uśmiech nie schodził szatynce z twarzy.
-Zimno mi.
-A jaki jest twój ulubiony kolor?
-Czerwony.
-Poczekaj sekundkę. –Panna Granger opuściła na chwile salę by po chwili wrócić z dużym, puchowym, czerwonym kocem termicznym. Opatuliła nim szczelnie dziewczynkę.
-Muszę ci teraz podać kilka leków. Będziesz dzielna?
-Tak. –Uśmiechnęła się, a następnie wypłatała z koców i dała w policzek Hermiony szybkiego całusa.  Szatynkę chwilowo zamurowała, po czym na jej twarz wypłynął szeroki uśmiech, który Ali odwzajemniła.
-A dlaczego czerwony? –Uzdrowicielka spróbowała odwrócić uwagę dziewczynki od igły, co skutecznie jej wychodziło.
-Bo serce jest takie bardzo czerwone i maki i tulipany. I czerwony jest mój ulubiony miś.
-A gdzie jest ten miś?
-W moim pokoju śpi pod materacem.
-A dlaczego pod materacem?
-Bo Octavia chce mi go zabrać. –Hermiona wywnioskowała, że musi to być jej koleżanka z sierocińca, z którą dzieli pokój. Powieki Alice zaczęły jej ciążyć- natychmiastowy efekt eliksiru z Subrimu.
-A teraz śpij aniołku. –Pocałowała ją w czoło. Jej oddech zrobił się miarowy. Zasnęła. Szatynka skierowała swoje kroki do pokoju pielęgniarek.
-Ida, sprawdzaj temperaturę Ali co godzinę. Chcę mieć dokładną dokumentację z najbliższych 24 godzin, więc przekaż instrukcję kolejnej zmianie. Jakby coś się działo dajecie mi znać. Nie ważne czy będę na dyżurze czy w łóżku. Chcę wiedzieć. Zimno jej a płuca pracują trochę za ciężko. Podałam jej Practolin, kolejna dawka za trzy godziny dożylnie. Powinno pomóc.
  Opuściła oddział i skierowała się do izby przyjęć, miała prośbę o konsultację. Po drodze zaopatrzyła się w kawę, jej ciało protestowało, ale ona nigdy się nie poddawała. A poza tym w całym szpitalu było mnóstwo cierpiących i potrzebujących pomocy ludzi, którzy dzielnie walczyli. Jak w stosunku do ich problemów ma się zwykłe zmęczenie? Nijak, dlatego wyprostowała się, dumnie podniosła głowę, i weszła do izby. Tam spędziła resztę swojego dyżuru. Kiedy wracała do swojego gabinetu, doszła do wniosku, że ten dyżur był dzięki bogu spokojny. W drodze na czwarte piętro postanowiła jeszcze odwiedzić Therese. Złapała ją w drodze do recepcji z całą stertą papierów w rękach.
-Hej, i jak? Ciężka noc? –zagadnęła brunetkę zwracając tym też na siebie jej uwagę.
-O, hej. Poczekaj tylko to odłożę. –Po chwili obie ramię w ramię zmierzały do gabinetu Theresy. –Ci trzej nowi to nic ciężkiego. Ci Austriacy odwalili kawał dobrej roboty. U nas będą tylko dochodzić do siebie. A tak ogólnie to jeden poważniejszy przypadek z izby a tak to spokój. Jednak cieszę się, że to już koniec tego dyżuru, padam z nóg. Ale widzę, że ja w porównaniu z tobą to i tak niebo a ziemia.
-Ledwo żyję, ale zaraz spotkam się z moim łóżkiem. Moje aktualne marzenie się spełni.
-To już koniec tych pogaduszek, zasuwaj do domu. Ja też już idę. Mam na dziś dość oglądania tych białych ścian.

Kiedy przekroczyła próg domu, zegar wskazywał 8.07. Od razu poszła do sypialni.  Już miała paść na swoje wymarzone łoże, gdy do okna zapukała sowa. Hermiona niechętnie otworzyła jej okno i odwiązała liścik od jej nóżki. Smukłe, pochyłe pismo. Bardzo charakterystyczne.

O 17.00 przed dyżurem przyjdź do mojego gabinetu. To ważne. Nie spóźnij się. Muszę Ci kogoś przedstawić. Chodzi o Twoje badania. Chyba w końcu ruszyliśmy z miejsca.
Sam

Za to „nie spóźnij się” normalnie by się obraziła, ale była tak padnięta, że szybko nastawiła budzik, a gdy tylko jej głowa dotknęła poduszki odpłynęła do krainy Morfeusza. Jednak los nie był dla niej tak łaskawy jakby chciała. Męczyły ją koszmary, które od czasu bitwy nawiedzały ją regularnie. O 11 dała za wygraną i powłócząc nogami poszła do kuchni. Jej mama zawsze powtarzała, że na złe sny najlepszy jest gorący kubek mleka. I tak też zrobiła, a następnie wróciła do łóżka.

Budzik natrętnie dzwonił, nie litując się nad panną Granger. W końcu podniosła się do pozycji siedzącej i go wyłączyła. Ostatnie trzy godziny były dla niej zbawienną ostoją spokoju. Niewiele, ale jej organizmowi wystarczyłoby zregenerować siły. Ruszyła do łazienki gdzie wzięła długą, relaksującą kąpiel. Dziś ma nocny dyżur, a przed nim ważne spotkanie. Musi dobrze wyglądać. Założyła beżową sukienkę przed kolano, ozdobioną srebrnymi suwakami, które podkreślały między innymi wcięcie w tali. Kiedyś co prawda lepiej na niej leżała, bo była bardziej dopasowana, ale i teraz robiła wrażenie. Do tego zrobiła sobie artystycznego koka i lekki makijaż. Zegar wskazywał godzinę 16.05, gdy zeszła do kuchni. W jej lodówce znajdowały się marne trzy jajka i dwa jogurty. „Trzeba zrobić zakupy” –zanotowała w głowie.  Wyjęła truskawkowy jogurt i zaczęła go powoli jeść równocześnie oglądając mugolskie wiadomości. Jak zwykle mówili ciągle o tym samym: polityka, rozwód kolejnej gwiazdy, romans itp. . Przed samym wyjściem wypiła kawę, która ostatecznie postawiła ją na nogi.

Punktualnie o godzinie 17.00 zapukała do drzwi gabinetu dyrektora szpitala. Po usłyszeniu: „proszę” przekroczyła próg.
-Dzień dobry Sam.
-Witaj Hermiono, jak zwykle punktualna. –postawny mężczyzna obszedł biurko i na przywitanie dał buziaka w policzek drobnej szatynki.
-O co chodzi z tymi badaniami?
-Ach, już ci wyjaśniam, ale najpierw pozwól, że ci kogoś przedstawię. –Wskazał ręką fotel przy oknie. Hermiona dopiero teraz zrozumiała, że nie są tu sami. Kiedy jednak jej wzrok zatrzymał się na gościu, zamurowało ją.
-Draco Malfoy, nasz nowy sponsor, a dokładniej sponsor twoich badań nad wirusem HIV. –Blondyn jak przystało na gentelmana wstał i podszedł do kobiety wyciągając dłoń w geście przywitania. Hermiona już chciała to skomentować, gdy przypomniała sobie o obecności Sama. Musi być profesjonalna. Uścisnęła dłoń mężczyzny. Na jego twarzy błąkał się ironiczny uśmiech.
-Hermiona Granger. Nasza najlepsza uzdrowicielka. Mam nadzieję na owocną współpracę. Ale usiądźmy, wszystko wyjaśnię. –Spojrzenia odwiecznych wrogów się spotkały, a żadne nie chciało dać za wygraną. Niemą wojnę przerwało chrząknięcie dyrektora. Malfoy zając swoje uprzednie miejsce, a Hermiona fotel przed biurkiem.
-Jak się już pewnie domyśliłaś, pan Malfoy jest biznesmenem. Ma swoje linie lotnicze i siec hoteli. Aktualnie jest naszym największym sponsorem, pomimo że finalizuje tylko jedne badania. Za to pokrywa je w całości, więc liczę, że się nie zawiedzie. Jak sam wspomniał, wiąże z nimi bardzo duże nadzieje. Wszystkie sprawy dotyczące sprzętu, etatów, ogólnie rzecz biorąc finansów załatwiasz bezpośrednio z nim. Budynek laboratorium znajduje się obok lotniska, z którego ostatnio wylatywałaś- dokładny adres to Midnight 10. Oczywiście jak będziesz potrzebowała pomocy w badaniach ja zawsze służę radą i wiem, że nie lubisz pracować z byle kim, dlatego kwestia współpracowników jest zupełnie uzależniona od ciebie no i może też od pana Malfoy ‘a gdyż on im płaci –mężczyźni tajemniczo uśmiechnęli się do siebie.
-Mam wyznaczone godziny pracy? Regulamin? –Zapytała, świdrując wzrokiem dyrektora. Nie podobało jej się to, iż będzie uzależniona od Malfoy ’a – dupka, który bezczelnie się na nią gapi odkąd weszła do tego pomieszczenia.
-To pytanie już musisz skierować, do kogo innego. –Spojrzał wymownie w stronę blondyna.- Z mojej strony to właściwie wszystko. –Szatynka przeniosła wyczekujące spojrzenie na Draco Malfoy’a, który czekał chyba, aż zada to pytanie bezpośrednio do niego. Cisza zaczęła się przedłużać, a Hermiona nie chciała dać mu za wygraną i miała ochotę już zakończyć to jakże przyjemne spotkanie.
-Sam, a jakieś dokumenty? Mogłabym zobaczyć w ogóle procedury rozpoczęcia tych badań? Chciałabym mieć pełną dokumentację. –Tym razem blondyn podniósł się z fotela i podszedł do biurka, na którym położył trzy wielkie teczki. Na jego twarzy wykwitł kpiący uśmieszek – taki sam jak za czasów szkoły.
-Zapoznaj się z tym i podpisz. Jutro pokaże ci laboratorium –wyjął z kieszeni mały notes, chyba jego organizer. –Mam czas o 16, pasuje ci? –Hermiona już zrozumiała ten uśmiech. Około 500 stronicowa lektura, jak nie więcej. Podpisuje w ciemno albo zarywa swoją „noc” w dzień.
-Idealnie. Jeśli to wszystko to ja już pójdę, za chwilę zaczynam dyżur. Do widzenia. –Podeszła do Sama i dała mu buziaka na pożegnanie. Już miała wyminąć Malfoy’a ale to dałoby wiele do myślenia dyrektorowi, gdyż takie zachowanie do niej nie pasuję. Zatrzymała się, więc i wyciągnęła rękę w stronę blondyna. Jednak tego, co zrobił się nie spodziewała. Ujął jej dłoń, i pocałował. Malfoy pocałował jej dłoń niczym w średniowieczu. Szatynkę zamurowało, ale tylko na dwie sekundy. Przecież to na pewno część jakiegoś planu typu „upokorzyć szlamę”. Odwróciła się na pięcie i opuściła gabinet. Zmierzał na IV piętro, kiedy na schodach poczuła ucisk na ramieniu. Odwróciła się i stanęła ramię w ramię ze zniewalająco przystojnym szatynem, który świdrował ją swoimi niebieskimi oczami na wylot.
-Dominic! Jak dobrze cię widzieć.
-Hej, mi ciebie też. –Złapał Hermione w niedźwiedzi uścisk. –Słyszałem, że dziś masz na nockę, więc postanowiłem cię odwiedzić, bo zazwyczaj jesteś wieczorem wcześniej. Ale nie stójmy tak na przejściu. Chodźmy do ciebie. –Właśnie obok nich przechodził pewien blondyn, który głośnym chrząknięciem dał im do zrozumienia, że tarasują schody.
-Co za buc- powiedziała na tyle głośno, aby ów mężczyzna ją usłyszał.
-Słyszałem Granger! –Dobiegło ją z piętra wyżej.
-Bo miałeś! –Odkrzyknęła. –Chodźmy-powiedziała już ciszej do Sama. Ruszyli w stronę oddziału urazów pozaklęciowych.
-Pamiętasz, co mi ostatnio obiecałaś?
-Hmm?
-Że będziesz o siebie dbać.
-No i dbam! –Zaperzyła się szatynka.
-To coś ci to nie idzie!
-Dom, czepiasz się jak zwykle. Porozmawiajmy chodź raz o czymś innym.
-Na przykład o pogodzie?
-Nie, na przykład o tym, że zaczynam badania!- Krzyknęła w ekstazie i rzuciła mu się na szyje. On jedyny wiedział, jakie to dla niej istotne.
                -To cudownie! Moje gratulację! –Okręcił ją wokół własnej osi.
                -Jest tylko jeden minus. Sponsorem, od którego jestem uzależniona jest ta fretka, którą widziałeś na schodach. To jest TEN cham ze szkoły, o którym ci mówiłam.
                -Od czasów szkoły minęło dużo czasu, może wydoroślał.
                -Tak, a w Nowym Jorku dał tego popis.
                -Dasz radę, wierzę w ciebie. A poza tym ten koleś pożerał cię wzrokiem, więc nie może być między wami tak źle. –Hermiona otwierała i zamykała usta jak ryba. Ogarnęła się dopiero słysząc głośny śmiech swojego „przyjaciela”.
                -Ja cię nie znam.
                -Oj Mionka, gdybyś widziała swoją minę. –Naśmiewał się z niej.
                -Wynocha stąd, zaraz zaczynam dyżur-kiedy i to na niego nie poskutkowało, wzięła poduszkę z sofy pod oknem i zaczęła nią go okładać, śmiejąc się już razem z nim.
                -Dobra, dobra już idę. –Podniósł ręce w geście poddania. –Wystarczy tylko… -Wskazał swój policzek. Hermionie nie trzeba było dwa razy powtarzać. Dała mu buziaka i lekko popchnęła w stronę drzwi. –Pa! A i ślicznie wyglądasz! –Krzyknął na odchodne. Panna Granger cała rozpromieniona ruszyła na obchód. Miała nadzieję na spokojny dyżur, tak, aby mogła zapoznać się choć z częścią dokumentów od Malfoy ‘a. Ale jak to mówią, nadzieja matką głupich. Gdy tylko zasiadła za swoim biurkiem przybiegło wezwanie do izby, które skończyło się dwugodzinnym zabiegiem. Potem musiała skonsultować dwóch pacjentów z magizoologicznego podejrzanych o zastosowanie na sobie najnowszych klątw polecanych przez Gerarda Gazby’iego. Następnie odwiedziła Ali i zauważyła duże skoki temperatury. Dotrzymała dziewczynce towarzystwa przez ten krótki czas, kiedy była wybudzona w celu podania leków. Brunetka była otumaniona, więc ciężko było się z nią porozumieć. Hermiona była lekko podłamana zaistniałą sytuacją. Wydawało się, że wszystko zmierza w dobrym kierunku i nie ma żadnych większych urazów, a tymczasem działo się coś niedobrego. Hermiona zaczęła szeptać skomplikowane zaklęcia nad ciałem dziewczynki. Miała obraz jej wszystkich narządów wewnętrznych. Przeszła do swojego gabinetu, aby móc w spokoju wszystkiemu się dokładnie przyjrzeć. Najwięcej czasu poświeciła płucom. Porównywała wyniki, ale nic nie mogła znaleźć. Siedziała już czwartą godzinę nad tą nurtującą sprawą, kiedy ją olśniło. Przewlekły kaszel, gorączka, powiększone węzły chłonne… Sarkoidoza! Musi jeszcze sprawdzić czy są zmiany śródmiąższowe w płucach, a jeśli tak to jej teoria się potwierdzi. Od razu wzięła się do pracy. Wykonała serie koniecznych testów. Wszystko wskazywało na to, że się nie pomyliła. Podała nowe instrukcje pielęgniarkom na najbliższą dobę. Podała małej kortykosteroidy i postanowiła osobiście prześledzić reakcje jej organizmu na ten lek, mimo, iż skończyła swój dyżur 15 minut temu. Wszystko skrzętnie notowała. Siódma minuta-temperatura ciała spadła o 2* -jest 37.8*C. 10 minuta- 37.5* C. I tak przez najbliższe 30 minut temperatura się obniżała kiedy nagle skoczyła do 40*C.
                -Och, nie. Sara!
                -Coś się stało?
                -Organizm chyba odrzuca lek. Temperatura w trzy minuty z 36,4 skoczyła do prawie 40*C! Załatw okłady, ja jej podam eliksiry.
                Stan Ali ustabilizował się dopiero około godziny 10. Hermiona postanowiła nie zmieniać na razie leku i dać ciału Alice dobę na jego zaakceptowanie.  Chciała jeszcze chwile przy niej posiedzieć, ale została bezceremonialnie wyrzucona do domu przez Sarę, która wyraziła swe poglądy w dwóch zdaniach: „Wyglądasz gorzej aniżeli trup. Albo idź do domu i w końcu odpocznij albo od razu zawiozę cię do kostnicy”.
                Hermiona zakładając fartuch zrozumiała, jaka jest zmęczona. Na dodatek jej żołądek domagał się natychmiastowego jedzenia. Nie miała ochoty iść do bufetu gdzie z pewnością zasnęłaby na siedząco, więc wzięła z automatu paczkę pseudo zdrowych ciasteczek i zdecydowała się przespacerować do domu. Doszła do wniosku, że nie ma sensu się teraz kłaść spać, skoro o 16 ma spotkanie z Malfoy’em.

                -Malfoy! –Krzyknęła, przystając na chodniku. Właśnie uświadomiła sobie, że musi przeczytać trzy teczki papierów. Przyspieszyła kroku i w mig zasiadła za swoim domowym biurkiem. Przywołała ze szpitala dokumenty, z szafki w łazience eliksir energetyzujący, który pochłonęła w całości i zabrała się za czytanie.  Wszelkie uwagi zapisywała w notesie. Kiedy zegar wybił 15.30, składała już dokumenty: posegregowane i idealnie poukładane znalazły się teczkach z jej podpisami. Przeczytała wszystko bardzo dokładnie i była zdziwiona, nigdzie nie znalazła żadnych kruczków. Przejrzysta, i naprawdę porządnie przygotowana dokumentacja. Wzięła szybki zimny prysznic, założyła czarną wąską sukienkę, ukazującą jej atuty, do tego szpilki, makijaż mający na celu zakryć jej sińce pod oczami, na które nie podziałał nawet eliksir, rozpuszczone, wyprostowane za pomocą zaklęcia włosy i gotowe.  Wzięła torebkę i wskoczyła do swojego Aston Martina.

poniedziałek, 16 lutego 2015

4. Piekło a dopiero potem niebo

Szatynka zarumieniła się pod wpływem taksującego ją wzroku Malfoya, za co od razu skarciła się w duchu. Nie chciała powtórki sprzed paru godzin, dlatego odwróciła się na pięcie i zaczęła zmierzać w kierunku bocznego wyjścia.
-Czyżbyś Granger uciekała przede mną?- Udała, że nie słyszy jego zaczepki, co wkurzyło blondyna. Nie lubił być ignorowany. Ruszył za nią i złapał za ramię odwracając w swoją stronę.
-Malfoy puść mnie! -Próbowała mu wyrwać rękę, ale wszystko na darmo. Był za silny. Ale mówią, że najlepszą obroną jest atak, a jak nie fizyczny to słowny. -Nie boisz się, że pobrudzę cię szlamem? -Jej głos ociekał wrogością jak i cała postawa. No może z wyjątkiem oczu. Blondyn dostrzegł w nich rozpacz? Nie był pewien, ale poluźnił uścisk.
-Zatańczysz? -Uśmiechnął się do niej ukazując równy rząd śnieżnobiałych zębów, zazwyczaj kobiety mdlały na jego widok... Ale nie ona.
-Malfoy! - Krzyknęła z bezsilności, kiedy dotarł do niej sens słów. Najpierw rani a potem jak gdyby nigdy nic prosi do tańca. -Rusz tą pustą łepetyną. Szlam! S Z L A M. Pobrudzisz się och najświętszy arystokrato.
-Już się tak nie martw -puścił jej oczko, co spowodowało wystąpieniem na jej twarz rumieńców koloru wiśni. Była wściekła. -Płacę 500 galeonów za noc, więc podejrzewam, iż zaopatrzyli mnie w specjalny gel.
-Ty chamie! Odwal się ode mnie! -Znów spróbowała się wyrwać, tym razem skutecznie. I ruszyła szybkim krokiem do wyjścia.
-Była gryfonka tchórzy? Boi się jednego tańca? -tego było za wiele. Ona nigdy nie tchórzy. Odwróciła się i z zaciętą miną podała dłoń blondynowi. Zrobili zaledwie 5 kroków, kiedy kawałek dobiegł końca.
-To nara Malfoy! 5. sekund dowiodło, że jesteś nie dość, że tak samo tępy jak chwile temu, czyli twój plan pożyczenia ode mnie mózgu nie wypalił to na dodatek nie umiesz tańczyć! -Krzyknęła na odchodne zostawiając otępiałego Malfoya. Kiedy wybudził się z letargu jej już nie było, pozostał jedynie nikły zapach jej perfum.
-To było iście ślizgońskie Granger- szepną w pustą przestrzeń.

Ściągała z siebie ubrania z szerokim uśmiechem. Wygrała! W końcu z nim wygrała! Cieszyła się jak małe dziecko.
-On wygrał chamstwem a ja sprytem- mówiła sama do siebie- i więcej już nie będę musiała oglądać tej zapchlonej fretki! -Okręciła się wokół własnej osi. Paroma zaklęciami spakowała swoje rzeczy i teleportowała się w pobliżu lotniska.

                Lot minął jej spokojnie. Lądując była z siebie dumna, przespała cały lot. Była w miare wypoczęta a czas szybko jej zleciał. Na lotnisku w biegu chwyciła swoje bagaże i w pierwszym ciemnym zaułku teleportowała się do szpitala a walizki wysłała do domu.
                -Przepraszam za spóźnienie- ze skruszoną miną spojrzała na personel, który właśnie stał przy rozpisce zajęć na dzisiejszy dzień.
                -Hermiona! Jak dobrze cię widzieć! –Podbiegła do niej Sara uwieszając się na jej szyi.
                -Hej Mionka, a czy ty przypadkiem nie powinnaś być teraz w Nowym Jorku? –Spytał jeden z lekarzy- Carl. Wysoki brunet z długimi włosami.
                -Byłam wczoraj na konferencji i bankiecie, tyle mi starczyło. Wróciłam nocnym samolotem.
                -Nie chciałaś zostać do końca? Tam chce przecież jechać każdy uzdrowiciel! –Carl wydawał się oburzony postawą koleżanki z pracy.
                -Hermiona? –Sam stanął z szeroko otwartą buzią. Jego ręka z kubkiem kawy zawisła w połowie drogi do ust.
                -Dzień dobry Sam. –Jej mina trochę zrzedła na widok dyrektora.
                -Mogę wiedzieć, co ty tutaj robisz?
                -Pracuję. I to od pięciu lat. –Odpowiedziała z sarkazmem, powodując szczere zdziwienie u swoich współpracowników. Panna Granger zawsze wszystkim kojarzyła się z kulturalną i grzeczną kobietą.
                -Nie rób ze mnie kretyna, wiesz, o co mi chodzi. –Był już na skraju wytrzymałości emocjonalnej.
                -Spóźniłam się 45 minut, więc zostanę dziś dłużej żeby to odrobić. Jeśli to wszystko to ja się już będę zbierać, czeka mnie obchód. –Chciała już odejść, ale powstrzymała ją ręka Sama.
                -Wydawało mi się to logiczne, że dziś nie przyjdziesz do pracy, jesteś pół żywa. Masz wolne.
                -A mi się wydawało, że wyraźnie dałam ci do zrozumienia w piątek, że się zobaczymy w poniedziałek, a dzisiaj jest poniedziałek. –Mężczyzna zaczął głęboko oddychać, próbując powstrzymać się przed wybuchem. Kobieta widząc to trochę zeszła z tonu. –Sam, już tu jestem i mam dyżur, daj mi pracować, wrócę na noc do domu i się wyśpię, a poza tym spałam przez cały lot, nic mi nie jest.-Dała mu buziaka w policzek na pożegnanie i oddaliła się, nie czekając na jego reakcje.
                Po przekroczeniu progu gabinetu, ujrzała stertę teczek na biurku. Tak, to był zdecydowanie jej świat. Uśmiechnęła się do siebie i biorąc karty pacjentów ruszyła na obchód. Po godzinie siedziała już w sowim gabinecie uzupełniając wszystkie dokumenty i popijając kawę z automatu. O godzinie 14 wyrwała się na 20 minut do pobliskiej kawiarni, aby zjeść śniadanio-obiad. Sama zawsze pilnie pilnowała pacjentów, jeśli chodzi o pory posiłków, aczkolwiek sama prowadziła bardzo niestabilny tryb żywienia. Usiadła przy oknie. Jadła powoli, delektując się pysznymi warzywami i idealnie upieczonym kurczakiem. Nagle jej oczy zasłoniły czyjeś dłonie, na co szatynka podskoczyła. Jej reakcja rozśmieszyła tajemniczą osobę, która się przez to zdradziła. Hermiona wszędzie rozpoznałaby ten śmiech.
                -Dom! –Krzyknęła rozradowana odwracając się. –Co ty tu robisz?! Zdaje się masz urlop do końca tygodnia. –Przytuliła się do niego mocno.
                -Stęskniłem się za tobą –wyszczerzył się do szatynki.
                -Ja za tobą też –dała mu buziaka w policzek i wróciła na swoje miejsce. Dominic zajął krzesło na wprost niej i zamówił spaghetti. –A teraz mów serio, co cię sprowadza? Nie powinieneś teraz załatwiać spraw majątkowych itp.?
                -Tak właściwie to przyjechałem podrzucić Samowi kilka kart moich pacjentów, żeby się zajął przydzieleniem ich komuś na czas mojej nieobecności i tak właściwie to on mi powiedział, że jesteś na dyżurze i należy ci się porządny ochrzan. Stwierdził też, że nie ma już do ciebie siły. –Uśmiechnął się łobuzersko do Hermiony.
                -A ten znowu swoje.
                -Tak, więc oficjalnie daję ci reprymendę za twoje zachowanie, a nie oficjalnie to Miona dbaj o siebie. Wiesz, że wyglądasz trochę kiepsko?
                -Dominic przestań się martwic. Nic mi nie jest. Wyspałam się w samolocie, ale nie byłam w domu tylko od razu teleportowałam się do szpitala. Dlatego dziś trochę straszę, ale naprawdę jest wszystko okej. –Uśmiechnęła się do niego ciepło.
                -No dobra, powiedzmy, że ci wierze.
                -Byłeś już w Ministerstwie?
                -Właśnie się tam wybieram, ale jak sobie pomyśle o tych wszystkich papierach do przeczytania i bieganiu z piętra na piętro za głupimi pieczątkami to mi się odechciewa.
                -Oj tam, przesadzasz.
                -Już wolałbym siedzieć na dyżurze 24 godzinnym w szpitalu. Powiedz lepiej jak było na wyjeździe?
                -Poznałam paru ludzi i tak właściwie dochodzę do wniosku, że to same buraki. Jakaś masakra, próbował mnie poderwać jakiś obleśny dziad. Spotkałam też chłopaka, no właściwie już faceta, którego poznałam w Hogwarcie- na jej twarzy pojawił się lekki uśmiech co nie uszło uwadze jej przyjaciela.
                -Czyżby Hermionie Granger, niedostępnej pani uzdrowiciel wpadł w oko? –Prawa brew powędrowała ku górze. Odpowiedział mu głośny śmiech.
                -Jeszcze trochę i przyjmą cię do kabaretu –mówiła między kolejnymi napadami niepochamowanego rechotu. –Poznaliśmy się mając 12 lat, on trafił do slytrherinu a ja do gryfindoru co już poniekąd wszystko tłumaczy. No i on jest arystokrata i zawsze mnie wyzywał od szlam, czego nie poszczędził sobie i tym razem, ale ostatecznie na bankiecie to ja mu dopiekłam, więc jestem z siebie dumna. A poza tym więcej się nie spotkamy, co też jest poniekąd wielkim sukcesem.
                -Charakterek to ty masz, więc chciałbym to widzieć.
                -O rany, już 14.30! Ale się zasiedziałam! –dała przyjacielowi przelotnego buziaka i pobiegła do wyjścia-pa! –Rzuciła jeszcze na odchodne.
               
                Od powrotu po lanchu Hermiona miała pełne ręce roboty. Biegała po całym oddziale z jednej Sali do drugiej. Po drodze dowiedziała się od Sary, że pacjent z jej ostatniego nocnego dyżuru dzisiaj się wybudził. Postanowiła do niego zajrzeć, poniekąd czuła się za niego odpowiedzialna.
                -Dzień dobry, jestem Hermiona Granger-rzuciła w stronę pacjenta, równocześnie przeglądając jego wyniki z ostatnich 24 godzin. Pokój był pusty, żadnych gości. Na łóżku natomiast leżał bardzo blady człowiek z wielkimi sińcami pod oczami, cały w bandażach.
                -Dzień dobry-wyszeptał. Na więcej nie miał siły.
                -Chciałabym cię zbadać - kiedy mężczyzna się nie sprzeciwił kobieta podeszła do niego i zaczęła wykonywać skomplikowane ruchy różdżką. –Jest duża poprawa. Przepraszam, wiem, że jest pan zmęczony, ale nadal jak widzę nie mamy żadnych informacji na pański temat. –Kiedy pacjent nadal milczał, podeszła do niego bliżej i spojrzała prosto w oczy. –Jak ma pan na imię?
                -Johan –na twarzy szatynki zagościł lekki uśmiech.
                -A więc Johan, wracasz powoli do zdrowia, będę cię regularnie odwiedzać, ale teraz wypoczywaj. Najlepiej się prześpij. Wtedy organizm szybciej się regeneruję. –Do zobaczenia!
                Kiedy wyszła na korytarz wpadła na kogoś.
                -O! Hermiona, właśnie cię szukałam- blondynka imieniem Beca w błyskawicznym tempie wyrzucała z siebie kolejne słowa. –Przywieźli dziewczynkę, jest w czwórce. Szybko!-i ruszyły szybko do wspomnianej Sali. Na kozetce leżała dziesięciolatka z sinymi ustami. Jej ciało było lodowate, a wyglądała jakby już była martwa. Wiele przypadków magicznych widziała panna Granger, ale ten nią wstrząsnął. Podobno rzuciła się z mostu do rzeki. Była sierotą.
                -Szybko! Koce grzewcze! Eliksir wiggenowy i wzmacniający! –Wydawała polecenia, a sam w tym czasie zaczęła mierzyć wszystkie funkcje życiowe dziewczynki. –Pospieszcie się! Tracimy ją! –Wstrzyknęła jej do żył rozgrzewający tojad, ale i to mało dało. Zaczęła za pomocą różnych zaklęć usuwać z jej płuc słoną wodę i wszelkie bakterie, które się tam znalazły. Płuca pracowały same, co w takich przypadkach jest niezwykłą rzadkością, dlatego panna Granger postanowiła im ułatwić wykonywanie swojego zadania. Oddech powoli stabilizował się. Zaczęła wlewać do ust małej pacjentki różne eliksiry. Kończąc swoje zadanie Hermiona rozczulona widokiem biednej dziewczynki opatuliła ją mocniej kocem.
                -Musisz być silna -szepnęła jej na odchodne.
               
                Weszła do domu ledwie trzymając się na nogach. Poszła prosto do sypialni gdzie rzuciła się na łóżko, nawet nie ściągając z siebie ubrania. Ustawiła budzik na 5.30 rano jednym machnięciem różdżki i zasnęła.
                Natrętny dźwięk nie dawał jej spokoju. Budzik. Czas wstawać, a tak dobrze było jej w ciepłej pościeli. Powoli podniosła powieki, po omacku próbując wyłączyć budzik. Kiedy jej się to w końcu udało, podniosła się do pozycji siedzącej i rozplanowała dzisiejszy ranek.  Lubiła mieć wszystko poukładane. Weszła pod zimny prysznic, który ją rozbudził i dał energie na dzisiejszy dzień. Założyła czarne eleganckie spodnie a do tego białą koszule. Typowy strój pani ordynator.  Wypiła gorącą kawę i w wyśmienitym humorze opuściła dom. Wsiadła do swojego ukochanego auta i ruszyła w stronę szpitala.
               
                Rozpoczęła obchód od przypadków wymagających najmniej czasu, na koniec zostawiając pacjentów, którym poświęcała dłuższą chwilę. Po drodze z jednej Sali do drugiej wypiła kubek czarnej kawy. W ręce zostały jej dwie karty: Johana i Alice- dziewczynki przywiezionej dzień wcześniej.
                -Dzień dobry Johan- jedyną odpowiedzią, jakiej się doczekała było lekkie kiwnięcie głową mężczyzny. Nie miała mu tego za złe. Dużo przeszedł, a teraz musiał sobie wszystko poukładać. Podobno nie chciał, aby informować kogokolwiek o jego pobycie w szpitalu. –Jak się czujesz? –na jego twarzy pojawił się grymas gdy spróbował się podnieść do pozycji siedzącej. Hermiona widząc jego poczynania podeszła i mu w tym pomogła, podkładając równocześnie poduszkę za plecy.
                -Kiedy stąd wyjdę? – jego pytanie zdziwiło szatynkę. Jej ni słuchał a sam oczekiwał odpowiedzi.
                -Jeśli będziesz ze mną współpracował i dasz sobie pomóc to myślę, że za tydzień, góra dwa. –Uśmiechnęła się do niego pokrzepiająco. I znów jedynie kiwnięcie głową. –Pozwól, że zobaczę co z twoją głową. –Rozplotła bandaże, które ukazały krótkie blond włosy, zaś w poprzek głowy ciągnęła się długa szrama. Uzdrowicielka wyczyściła ranę i zakleiła ją już jedynie zwykłym niewielkim opatrunkiem. –Od razu lepiej. –Ujęła jego twarz w dłonie, aby zdjąć wielki plaster z policzka mężczyzny, ale ten gwałtownie cofnął głowę. Hermiona wyprostowała się i spojrzała na niego pytająco. Nie spuszczała głowy ani wzroku z pacjenta oczekując jakiś wyjaśnień. Minuty ciągnęły się a ona nie poruszyła się ani o milimetr. W końcu blondyn pękł.
                -Ty jesteś Granger- jego twarz nie wyrażała żadnych emocji, a oczy przypatrywały się jej z ciekawością, czego nie mogła pojąc.
                -Dobrze, że mi powiedziałeś…  
                -Uratowałaś mnie.
                -Taki jest mój zawód, więc jeśli łaska to daj mi pracować- podeszła do niego z lekkim uśmiechem. Johan nie mógł powiedzieć, że jest brzydka, ale to jednak była brudnokrwista. Znów odskoczył jak poparzony.
                -Ty nic nie rozumiesz! Jeśli ktoś się dowie, że to tobie zawdzięczam życie i jeszcze dotykasz mnie, kiedy jestem przytomny… -jego głos się załamał- to obleśne. –Hermiona momentalnie wszystko załapała. Zabolało, ale nie mogła dać po sobie poznać, że ją to rusza.
                -No tak, jestem szlamą, i ci pomogłam. Naruszyłam twoją świętą przestrzeń arystokraty- odwróciła się na pięcie i opuściła jego salę. Od początku te rysy wydawały jej się takie szlachetne. Teraz była już pewna, że to facet pokroju fretek, takich jak Malfoy.
                Blondyn widząc ból w oczach szatynki jęknął z bezsilności. To nie tak miało zabrzmieć, ale ona już wyszła i nie mógł się wytłumaczyć.
                -Betty zajmiesz się tym spod piątki?
                -Johanem?
                -Tak –starała się by jej głos nie zadrżał wyrażając nie potrzebne emocje.
                -Ale to ty mu uratowałaś życie. Nie chcesz doprowadzić sprawy do końca? –Betty znała Hermione od roku i wiedziała, iż szatynka jest doskonałym uzdrowicielem. Podziwiała ją, a sytuacje tego pokroju nigdy nie miały miejsca.
                -Miałam taki zamiar, ale pacjent nie toleruje szlamu-westchnęła. Miała nadzieję, że swoją postawa przekonała koleżankę, ze jest jej to obojętne. –Ja idę do tej dziewczynki z wczoraj, tu masz jego kartę, z góry dzięki. –Wcisnęła jej do ręki plik dokumentów i odeszła w stronę Sali nr 19.
                Na łóżku szpitalnym spała śliczna brunetka. Wczoraj Hermiona nie skupiała się tak bardzo na jej wyglądzie, ale teraz dostrzegała niezwykle rzadką urodę dziewczynki. Po sinych ustach nie było już śladu, teraz były w kolorze soczystej czerwieni. Długie rzęsy rzucały cień na jej smukłą twarz. Szatynka nie chcąc budzić swojej pacjentki usiadł na fotelu obok łóżka i wczytała się w jej kartę. Alice Bonetti trafiła do sierocińca w wieku 3 lat. Jej rodzice wyjechali za granice zostawiając ją samą w domu z chorą śmiertelnie babcią, która umarła kilka dni później. Sąsiedzi znaleźli ją w tragicznym stanie. Aktualnie ma 10 lat. Podobno miała regularne konsultacje z psychologiem, ale nie dały one żadnych efektów. Hermionie zrobiło się żal tej małej istotki. Straciła bliskich i sobie z tym do dziś nie poradziła a na dodatek próbowała się zabić. Uzdrowicielce przypomniały się studia na mugolskim uniwersytecie medycyny. Mieli kilka lekcji o psychologii. Zaczęła się zastanawiać czy jest możliwe, że pamięta te wszystkie zdarzenia, które miały miejsce siedem lat temu. Zanotowano już kilka takich przypadków. Jedni ludzie wypierają ze świadomości złe wspomnienia a inni je zachowują i izolują zamykając się w swoim własnym świecie wspólnie z nimi. Zbadała dziewczynkę na tyle ile pozwalała jej sytuacja i starannie porównała wyniki szukając najmniejszych różnic, nie chcąc pominąć żadnego urazu fizycznego. Po skończonym badaniu doszła do wniosku, że jak na razie nic tu po niej i opuściła sale prosząc pielęgniarkę o błyskawiczną informacje w razie gdyby się obudziła. Zamierzała uzupełnić dokumenty zalegające na jej biurku, kiedy dostała wezwanie do Sali przyjęć. Tak spędziła najbliższe 4 godziny. Opatrywała, konsultowała, pomagała jak mogła. Gdy wreszcie nadeszła pora lanczu dostała informacje o wybudzeniu się Alice. Pobiegła w tamtą stronę ile sił w nogach. Potrąciła kogoś po drodze, ale przeprosiła i nie oglądając się za sobą kontynuowała bieg.
                -Co z nią? –Wydyszała, kiedy wpadła do salki pielęgniarek obok Sali 19.
                -Sara jest u niej na razie.
                -Trzymajcie kciuki, żeby było wszystko okej. –Kobiety posłały w jej kierunku pokrzepiający uśmiech. Uzdrowicielka była pełna obaw gdyż skutków samobójstwa nigdy nie da się przewidzieć.
                -Dzień dobry –powitała dziewczynkę ciepłym uśmiechem podchodząc do jej łóżka.
                -Dzień dobry – mała, niewinna, wystraszona. Hermionie nie mieściło się w głowie jak tak mała osóbka może mieć tyle za sobą złych doświadczeń.
                -Jestem Hermiona, jeśli chcesz możesz do mnie mówić po imieniu.
                -Hermiona, gdzie ja jestem? –Szatynka uśmiechnęła się widząc, że dziewczynka nie boi się jej.
                -W szpitalu. Masz na imię Alice, prawda?
                -Ali. –Poprawiła uzdrowicielkę, na co ta się uśmiechnęła. –A czemu nie w niebie? Podobno, kiedy się umiera to trafia się do nieba. –Zasmuciła się. Panna Granger była zaskoczona słowami dziewczynki. –Myślałam, że jesteś aniołkiem i sprawisz, że będzie pięknie-Brunetka odwróciła się plecami do uzdrowicielki i zwinęła w kłębek, tworząc niewidzialną skorupę, która miała ochronić ją przed całym światem. Hermiona widząc to przysiadła się na łóżko, chcąc zmniejszyć dystans między nimi.
                -Dlaczego myślisz, że w niebie jest pięknie?- Zainteresowała się.
                -Bo tam są aniołki.
                -Ale tu też są.
                -Nie prawda! –zaperzyła się. Podniosła się do pozycji siedzącej i spojrzała oburzonym wzrokiem na Hermione. –Aniołki są dobre, i mają dużo siostrzyczek, braciszków i mają tatę i mamę. Żyją na chmurkach i mają śliczne aureolki i całe są takie piękne!
                -A jeśli obiecuję ci pokazać aniołka poczekasz tu na mnie 15 minut? –Uśmiechnęła się do małej ślicznotki, która nieśmiało odwzajemniła uśmiech, a jej oczy zrobiły się duże z podekscytowania. Pokiwała głową. - Ale musisz tu grzecznie leżeć i wypić szklankę z tym niebieskim napojem. To uciekam –pocałowała dziewczynkę w policzek i ruszyła w stronę swojego gabinetu, aby ściągnąć kitel. Miała teraz przerwę, więc mogła opuścić szpital. Pospieszyła do mugolskiego centrum, które znajdowało się dwie przecznice od szpitala. Weszła do sklepu z zabawkami dla dzieci i od razu wyjaśniła kobiecie z obsługi, czego potrzebuje.
               
                -Już jestem! –Obdarzyła małą pacjentkę szerokim uśmiechem i wręczyła jej ogromny pakunek.
                -Łaaaał, to dla mnie?
                -A widzisz tu jeszcze kogoś oprócz nas? –Alice nie mogła zamknąć ust ze zdziwienia. –Raz dwa, otwieraj! –Nie trzeba było powtarzać dwa razy. Po minucie pudełko było rozpakowane, a na łóżku było pełno słodyczy i innych przedmiotów, które Ali widziała po raz pierwszy.
                -Jak w święta z filmów! Jesteś wspaniała! –Rzuciła się szatynce na szyje. Kiedy już ekscytacja minęła nagle posmutniała. –Ale aniołka tu i tak nie ma.
                -Skarbie –wzięła dziewczynkę podniosła do pionu i postawiła na łóżku tak, że były praktycznie na równi. Wzięła z łóżka nowiutką różową szczotkę – aniołki są piękne- zaczęła powoli rozczesywać jej włoski uważając by jej nie poszarpać- mają białe sukieneczki i co najistotniejsze  mają śliczne aureolki –powtórzyła jej słowa uśmiechając się ciepło. Podniosła z łóżka białą aureolkę i wpięła w jej śliczne czarne włoski. -Mają mamę i tatę, tak jak każdy z nas.
                -Ja nie mam!
                -Ależ masz! Nikt ci nie mówił, że są zawsze z tobą?
                -Przecież ich tu nie ma.
                -Są tutaj-wskazała jej serduszko i przyłożyła jej mała rączkę. –Czujesz?
                -Coś puka.
                -No właśnie, są w twoim serduszku i pukają do ciebie dając ci znać ze są przy tobie. A wszyscy ludzie są podobnież rodzeństwem, bo kiedyś nasi pra pra pra dziadkowie mieli jednego tatusia.
                -Więc jesteś moją siostrą?
                -Poniekąd, ale baaaardzo bardzo daleką. –Wzięła dziewczynkę na ręce i podeszła z nią do lustra. –Kogo tam widzisz?
                -Siebie.
                -Masz aureolkę, rodziców, braciszków, siostrzyczki! – Okręciła dziewczynkę wokół własnej osi. -Zgodnie z tym, co opowiadałaś mi o aniołach to ja tu widzę jednego z nich. I jak aniołku? Wywiązałam się z obietnicy?
                -Taaak! –Krzyknęła uradowana brunetka, dając buziaka w policzek szatynki i przytulając się mocno do niej.
                -A teraz chyba czas trochę odpocząć. Spróbuj zasnąć.
                -Ale dzisiaj jest tak jak w bajkach. A w bajkach zawsze są bajki na dobranoc!          
                -No dobrze opowiem ci bajkę o czerwonym kapturku.- Wymieniły się szerokimi uśmiechami.
                -Hermiona? Obiecujesz mi coś? –Oczy Ali spojrzały na nią błagalnie.
                -A co mam ci obiecać?
                -Ale obiecasz? –Brunetka była nieugięta. W końcu szatynka uległa jej urokowi, modląc się, aby jej prośba była możliwa do spełnienia.
                -Obiecam.
                -Bądź przy mnie jak się obudzę.