Szatynka zarumieniła się pod wpływem taksującego ją wzroku Malfoya, za
co od razu skarciła się w duchu. Nie chciała powtórki sprzed paru godzin,
dlatego odwróciła się na pięcie i zaczęła zmierzać w kierunku bocznego wyjścia.
-Czyżbyś Granger uciekała przede mną?- Udała, że nie słyszy jego
zaczepki, co wkurzyło blondyna. Nie lubił być ignorowany. Ruszył za nią i
złapał za ramię odwracając w swoją stronę.
-Malfoy puść mnie! -Próbowała mu wyrwać rękę, ale wszystko na darmo.
Był za silny. Ale mówią, że najlepszą obroną jest atak, a jak nie fizyczny to
słowny. -Nie boisz się, że pobrudzę cię szlamem? -Jej głos ociekał wrogością
jak i cała postawa. No może z wyjątkiem oczu. Blondyn dostrzegł w nich rozpacz?
Nie był pewien, ale poluźnił uścisk.
-Zatańczysz? -Uśmiechnął się do niej ukazując równy rząd śnieżnobiałych
zębów, zazwyczaj kobiety mdlały na jego widok... Ale nie ona.
-Malfoy! - Krzyknęła z bezsilności, kiedy dotarł do niej sens słów.
Najpierw rani a potem jak gdyby nigdy nic prosi do tańca. -Rusz tą pustą
łepetyną. Szlam! S Z L A M. Pobrudzisz się och najświętszy arystokrato.
-Już się tak nie martw -puścił jej oczko, co spowodowało wystąpieniem
na jej twarz rumieńców koloru wiśni. Była wściekła. -Płacę 500 galeonów za noc,
więc podejrzewam, iż zaopatrzyli mnie w specjalny gel.
-Ty chamie! Odwal się ode mnie! -Znów spróbowała się wyrwać, tym razem
skutecznie. I ruszyła szybkim krokiem do wyjścia.
-Była gryfonka tchórzy? Boi się jednego tańca? -tego było za wiele. Ona
nigdy nie tchórzy. Odwróciła się i z zaciętą miną podała dłoń blondynowi.
Zrobili zaledwie 5 kroków, kiedy kawałek dobiegł końca.
-To nara Malfoy! 5. sekund dowiodło, że jesteś nie dość, że tak samo
tępy jak chwile temu, czyli twój plan pożyczenia ode mnie mózgu nie wypalił to
na dodatek nie umiesz tańczyć! -Krzyknęła na odchodne zostawiając otępiałego
Malfoya. Kiedy wybudził się z letargu jej już nie było, pozostał jedynie nikły
zapach jej perfum.
-To było iście ślizgońskie Granger- szepną w pustą przestrzeń.
Ściągała z
siebie ubrania z szerokim uśmiechem. Wygrała! W końcu z nim wygrała! Cieszyła
się jak małe dziecko.
-On wygrał chamstwem a ja sprytem- mówiła sama do siebie- i więcej już
nie będę musiała oglądać tej zapchlonej fretki! -Okręciła się wokół własnej
osi. Paroma zaklęciami spakowała swoje rzeczy i teleportowała się w pobliżu
lotniska.
Lot minął jej spokojnie. Lądując
była z siebie dumna, przespała cały lot. Była w miare wypoczęta a czas szybko
jej zleciał. Na lotnisku w biegu chwyciła swoje bagaże i w pierwszym ciemnym
zaułku teleportowała się do szpitala a walizki wysłała do domu.
-Przepraszam za spóźnienie- ze
skruszoną miną spojrzała na personel, który właśnie stał przy rozpisce zajęć na
dzisiejszy dzień.
-Hermiona! Jak dobrze cię
widzieć! –Podbiegła do niej Sara uwieszając się na jej szyi.
-Hej Mionka, a czy ty
przypadkiem nie powinnaś być teraz w Nowym Jorku? –Spytał jeden z lekarzy-
Carl. Wysoki brunet z długimi włosami.
-Byłam wczoraj na konferencji i
bankiecie, tyle mi starczyło. Wróciłam nocnym samolotem.
-Nie chciałaś zostać do końca?
Tam chce przecież jechać każdy uzdrowiciel! –Carl wydawał się oburzony postawą
koleżanki z pracy.
-Hermiona? –Sam stanął z szeroko
otwartą buzią. Jego ręka z kubkiem kawy zawisła w połowie drogi do ust.
-Dzień dobry Sam. –Jej mina
trochę zrzedła na widok dyrektora.
-Mogę wiedzieć, co ty tutaj
robisz?
-Pracuję. I to od pięciu lat. –Odpowiedziała
z sarkazmem, powodując szczere zdziwienie u swoich współpracowników. Panna
Granger zawsze wszystkim kojarzyła się z kulturalną i grzeczną kobietą.
-Nie rób ze mnie kretyna, wiesz,
o co mi chodzi. –Był już na skraju wytrzymałości emocjonalnej.
-Spóźniłam się 45 minut, więc
zostanę dziś dłużej żeby to odrobić. Jeśli to wszystko to ja się już będę
zbierać, czeka mnie obchód. –Chciała już odejść, ale powstrzymała ją ręka Sama.
-Wydawało mi się to logiczne, że
dziś nie przyjdziesz do pracy, jesteś pół żywa. Masz wolne.
-A mi się wydawało, że wyraźnie
dałam ci do zrozumienia w piątek, że się zobaczymy w poniedziałek, a dzisiaj
jest poniedziałek. –Mężczyzna zaczął głęboko oddychać, próbując powstrzymać się
przed wybuchem. Kobieta widząc to trochę zeszła z tonu. –Sam, już tu jestem i
mam dyżur, daj mi pracować, wrócę na noc do domu i się wyśpię, a poza tym
spałam przez cały lot, nic mi nie jest.-Dała mu buziaka w policzek na
pożegnanie i oddaliła się, nie czekając na jego reakcje.
Po przekroczeniu progu gabinetu,
ujrzała stertę teczek na biurku. Tak, to był zdecydowanie jej świat.
Uśmiechnęła się do siebie i biorąc karty pacjentów ruszyła na obchód. Po
godzinie siedziała już w sowim gabinecie uzupełniając wszystkie dokumenty i
popijając kawę z automatu. O godzinie 14 wyrwała się na 20 minut do pobliskiej
kawiarni, aby zjeść śniadanio-obiad. Sama zawsze pilnie pilnowała pacjentów,
jeśli chodzi o pory posiłków, aczkolwiek sama prowadziła bardzo niestabilny
tryb żywienia. Usiadła przy oknie. Jadła powoli, delektując się pysznymi
warzywami i idealnie upieczonym kurczakiem. Nagle jej oczy zasłoniły czyjeś
dłonie, na co szatynka podskoczyła. Jej reakcja rozśmieszyła tajemniczą osobę,
która się przez to zdradziła. Hermiona wszędzie rozpoznałaby ten śmiech.
-Dom! –Krzyknęła rozradowana
odwracając się. –Co ty tu robisz?! Zdaje się masz urlop do końca tygodnia.
–Przytuliła się do niego mocno.
-Stęskniłem się za tobą
–wyszczerzył się do szatynki.
-Ja za tobą też –dała mu buziaka
w policzek i wróciła na swoje miejsce. Dominic zajął krzesło na wprost niej i
zamówił spaghetti. –A teraz mów serio, co cię sprowadza? Nie powinieneś teraz
załatwiać spraw majątkowych itp.?
-Tak właściwie to przyjechałem
podrzucić Samowi kilka kart moich pacjentów, żeby się zajął przydzieleniem ich
komuś na czas mojej nieobecności i tak właściwie to on mi powiedział, że jesteś
na dyżurze i należy ci się porządny ochrzan. Stwierdził też, że nie ma już do
ciebie siły. –Uśmiechnął się łobuzersko do Hermiony.
-A ten znowu swoje.
-Tak, więc oficjalnie daję ci
reprymendę za twoje zachowanie, a nie oficjalnie to Miona dbaj o siebie. Wiesz,
że wyglądasz trochę kiepsko?
-Dominic przestań się martwic.
Nic mi nie jest. Wyspałam się w samolocie, ale nie byłam w domu tylko od razu
teleportowałam się do szpitala. Dlatego dziś trochę straszę, ale naprawdę jest
wszystko okej. –Uśmiechnęła się do niego ciepło.
-No dobra, powiedzmy, że ci
wierze.
-Byłeś już w Ministerstwie?
-Właśnie się tam wybieram, ale
jak sobie pomyśle o tych wszystkich papierach do przeczytania i bieganiu z
piętra na piętro za głupimi pieczątkami to mi się odechciewa.
-Oj tam, przesadzasz.
-Już wolałbym siedzieć na
dyżurze 24 godzinnym w szpitalu. Powiedz lepiej jak było na wyjeździe?
-Poznałam paru ludzi i tak
właściwie dochodzę do wniosku, że to same buraki. Jakaś masakra, próbował mnie
poderwać jakiś obleśny dziad. Spotkałam też chłopaka, no właściwie już faceta,
którego poznałam w Hogwarcie- na jej twarzy pojawił się lekki uśmiech co nie
uszło uwadze jej przyjaciela.
-Czyżby Hermionie Granger,
niedostępnej pani uzdrowiciel wpadł w oko? –Prawa brew powędrowała ku górze.
Odpowiedział mu głośny śmiech.
-Jeszcze trochę i przyjmą cię do
kabaretu –mówiła między kolejnymi napadami niepochamowanego rechotu.
–Poznaliśmy się mając 12 lat, on trafił do slytrherinu a ja do gryfindoru co
już poniekąd wszystko tłumaczy. No i on jest arystokrata i zawsze mnie wyzywał
od szlam, czego nie poszczędził sobie i tym razem, ale ostatecznie na bankiecie
to ja mu dopiekłam, więc jestem z siebie dumna. A poza tym więcej się nie
spotkamy, co też jest poniekąd wielkim sukcesem.
-Charakterek to ty masz, więc
chciałbym to widzieć.
-O rany, już 14.30! Ale się
zasiedziałam! –dała przyjacielowi przelotnego buziaka i pobiegła do wyjścia-pa!
–Rzuciła jeszcze na odchodne.
Od powrotu po lanchu Hermiona
miała pełne ręce roboty. Biegała po całym oddziale z jednej Sali do drugiej. Po
drodze dowiedziała się od Sary, że pacjent z jej ostatniego nocnego dyżuru
dzisiaj się wybudził. Postanowiła do niego zajrzeć, poniekąd czuła się za niego
odpowiedzialna.
-Dzień dobry, jestem Hermiona
Granger-rzuciła w stronę pacjenta, równocześnie przeglądając jego wyniki z ostatnich
24 godzin. Pokój był pusty, żadnych gości. Na łóżku natomiast leżał bardzo
blady człowiek z wielkimi sińcami pod oczami, cały w bandażach.
-Dzień dobry-wyszeptał. Na
więcej nie miał siły.
-Chciałabym cię zbadać - kiedy
mężczyzna się nie sprzeciwił kobieta podeszła do niego i zaczęła wykonywać
skomplikowane ruchy różdżką. –Jest duża poprawa. Przepraszam, wiem, że jest pan
zmęczony, ale nadal jak widzę nie mamy żadnych informacji na pański temat.
–Kiedy pacjent nadal milczał, podeszła do niego bliżej i spojrzała prosto w
oczy. –Jak ma pan na imię?
-Johan –na twarzy szatynki
zagościł lekki uśmiech.
-A więc Johan, wracasz powoli do
zdrowia, będę cię regularnie odwiedzać, ale teraz wypoczywaj. Najlepiej się
prześpij. Wtedy organizm szybciej się regeneruję. –Do zobaczenia!
Kiedy wyszła na korytarz wpadła
na kogoś.
-O! Hermiona, właśnie cię
szukałam- blondynka imieniem Beca w błyskawicznym tempie wyrzucała z siebie
kolejne słowa. –Przywieźli dziewczynkę, jest w czwórce. Szybko!-i ruszyły
szybko do wspomnianej Sali. Na kozetce leżała dziesięciolatka z sinymi ustami.
Jej ciało było lodowate, a wyglądała jakby już była martwa. Wiele przypadków
magicznych widziała panna Granger, ale ten nią wstrząsnął. Podobno rzuciła się
z mostu do rzeki. Była sierotą.
-Szybko! Koce grzewcze! Eliksir
wiggenowy i wzmacniający! –Wydawała polecenia, a sam w tym czasie zaczęła
mierzyć wszystkie funkcje życiowe dziewczynki. –Pospieszcie się! Tracimy ją!
–Wstrzyknęła jej do żył rozgrzewający tojad, ale i to mało dało. Zaczęła za
pomocą różnych zaklęć usuwać z jej płuc słoną wodę i wszelkie bakterie, które
się tam znalazły. Płuca pracowały same, co w takich przypadkach jest niezwykłą
rzadkością, dlatego panna Granger postanowiła im ułatwić wykonywanie swojego
zadania. Oddech powoli stabilizował się. Zaczęła wlewać do ust małej pacjentki
różne eliksiry. Kończąc swoje zadanie Hermiona rozczulona widokiem biednej
dziewczynki opatuliła ją mocniej kocem.
-Musisz
być silna -szepnęła jej na odchodne.
Weszła do domu ledwie trzymając
się na nogach. Poszła prosto do sypialni gdzie rzuciła się na łóżko, nawet nie
ściągając z siebie ubrania. Ustawiła budzik na 5.30 rano jednym machnięciem
różdżki i zasnęła.
Natrętny dźwięk nie dawał jej
spokoju. Budzik. Czas wstawać, a tak dobrze było jej w ciepłej pościeli. Powoli
podniosła powieki, po omacku próbując wyłączyć budzik. Kiedy jej się to w końcu
udało, podniosła się do pozycji siedzącej i rozplanowała dzisiejszy ranek. Lubiła mieć wszystko poukładane. Weszła pod
zimny prysznic, który ją rozbudził i dał energie na dzisiejszy dzień. Założyła
czarne eleganckie spodnie a do tego białą koszule. Typowy strój pani ordynator. Wypiła gorącą kawę i w wyśmienitym humorze
opuściła dom. Wsiadła do swojego ukochanego auta i ruszyła w stronę szpitala.
Rozpoczęła obchód od przypadków
wymagających najmniej czasu, na koniec zostawiając pacjentów, którym poświęcała
dłuższą chwilę. Po drodze z jednej Sali do drugiej wypiła kubek czarnej kawy. W
ręce zostały jej dwie karty: Johana i Alice- dziewczynki przywiezionej dzień
wcześniej.
-Dzień dobry Johan- jedyną
odpowiedzią, jakiej się doczekała było lekkie kiwnięcie głową mężczyzny. Nie
miała mu tego za złe. Dużo przeszedł, a teraz musiał sobie wszystko poukładać.
Podobno nie chciał, aby informować kogokolwiek o jego pobycie w szpitalu. –Jak
się czujesz? –na jego twarzy pojawił się grymas gdy spróbował się podnieść do
pozycji siedzącej. Hermiona widząc jego poczynania podeszła i mu w tym pomogła,
podkładając równocześnie poduszkę za plecy.
-Kiedy stąd wyjdę? – jego
pytanie zdziwiło szatynkę. Jej ni słuchał a sam oczekiwał odpowiedzi.
-Jeśli będziesz ze mną
współpracował i dasz sobie pomóc to myślę, że za tydzień, góra dwa.
–Uśmiechnęła się do niego pokrzepiająco. I znów jedynie kiwnięcie głową.
–Pozwól, że zobaczę co z twoją głową. –Rozplotła bandaże, które ukazały krótkie
blond włosy, zaś w poprzek głowy ciągnęła się długa szrama. Uzdrowicielka
wyczyściła ranę i zakleiła ją już jedynie zwykłym niewielkim opatrunkiem. –Od
razu lepiej. –Ujęła jego twarz w dłonie, aby zdjąć wielki plaster z policzka mężczyzny,
ale ten gwałtownie cofnął głowę. Hermiona wyprostowała się i spojrzała na niego
pytająco. Nie spuszczała głowy ani wzroku z pacjenta oczekując jakiś wyjaśnień.
Minuty ciągnęły się a ona nie poruszyła się ani o milimetr. W końcu blondyn
pękł.
-Ty jesteś Granger- jego twarz
nie wyrażała żadnych emocji, a oczy przypatrywały się jej z ciekawością, czego
nie mogła pojąc.
-Dobrze, że mi powiedziałeś…
-Uratowałaś mnie.
-Taki jest mój zawód, więc jeśli
łaska to daj mi pracować- podeszła do niego z lekkim uśmiechem. Johan nie mógł
powiedzieć, że jest brzydka, ale to jednak była brudnokrwista. Znów odskoczył
jak poparzony.
-Ty nic nie rozumiesz! Jeśli
ktoś się dowie, że to tobie zawdzięczam życie i jeszcze dotykasz mnie, kiedy
jestem przytomny… -jego głos się załamał- to obleśne. –Hermiona momentalnie
wszystko załapała. Zabolało, ale nie mogła dać po sobie poznać, że ją to rusza.
-No tak, jestem szlamą, i ci
pomogłam. Naruszyłam twoją świętą przestrzeń arystokraty- odwróciła się na
pięcie i opuściła jego salę. Od początku te rysy wydawały jej się takie
szlachetne. Teraz była już pewna, że to facet pokroju fretek, takich jak
Malfoy.
Blondyn widząc ból w oczach
szatynki jęknął z bezsilności. To nie tak miało zabrzmieć, ale ona już wyszła i
nie mógł się wytłumaczyć.
-Betty zajmiesz się tym spod
piątki?
-Johanem?
-Tak –starała się by jej głos
nie zadrżał wyrażając nie potrzebne emocje.
-Ale to ty mu uratowałaś życie.
Nie chcesz doprowadzić sprawy do końca? –Betty znała Hermione od roku i
wiedziała, iż szatynka jest doskonałym uzdrowicielem. Podziwiała ją, a sytuacje
tego pokroju nigdy nie miały miejsca.
-Miałam taki zamiar, ale pacjent
nie toleruje szlamu-westchnęła. Miała nadzieję, że swoją postawa przekonała
koleżankę, ze jest jej to obojętne. –Ja idę do tej dziewczynki z wczoraj, tu
masz jego kartę, z góry dzięki. –Wcisnęła jej do ręki plik dokumentów i odeszła
w stronę Sali nr 19.
Na łóżku szpitalnym spała
śliczna brunetka. Wczoraj Hermiona nie skupiała się tak bardzo na jej
wyglądzie, ale teraz dostrzegała niezwykle rzadką urodę dziewczynki. Po sinych
ustach nie było już śladu, teraz były w kolorze soczystej czerwieni. Długie
rzęsy rzucały cień na jej smukłą twarz. Szatynka nie chcąc budzić swojej pacjentki
usiadł na fotelu obok łóżka i wczytała się w jej kartę. Alice Bonetti trafiła
do sierocińca w wieku 3 lat. Jej rodzice wyjechali za granice zostawiając ją
samą w domu z chorą śmiertelnie babcią, która umarła kilka dni później. Sąsiedzi
znaleźli ją w tragicznym stanie. Aktualnie ma 10 lat. Podobno miała regularne konsultacje
z psychologiem, ale nie dały one żadnych efektów. Hermionie zrobiło się żal tej
małej istotki. Straciła bliskich i sobie z tym do dziś nie poradziła a na
dodatek próbowała się zabić. Uzdrowicielce przypomniały się studia na mugolskim
uniwersytecie medycyny. Mieli kilka lekcji o psychologii. Zaczęła się
zastanawiać czy jest możliwe, że pamięta te wszystkie zdarzenia, które miały
miejsce siedem lat temu. Zanotowano już kilka takich przypadków. Jedni ludzie
wypierają ze świadomości złe wspomnienia a inni je zachowują i izolują
zamykając się w swoim własnym świecie wspólnie z nimi. Zbadała dziewczynkę na
tyle ile pozwalała jej sytuacja i starannie porównała wyniki szukając
najmniejszych różnic, nie chcąc pominąć żadnego urazu fizycznego. Po skończonym
badaniu doszła do wniosku, że jak na razie nic tu po niej i opuściła sale
prosząc pielęgniarkę o błyskawiczną informacje w razie gdyby się obudziła.
Zamierzała uzupełnić dokumenty zalegające na jej biurku, kiedy dostała wezwanie
do Sali przyjęć. Tak spędziła najbliższe 4 godziny. Opatrywała, konsultowała,
pomagała jak mogła. Gdy wreszcie nadeszła pora lanczu dostała informacje o
wybudzeniu się Alice. Pobiegła w tamtą stronę ile sił w nogach. Potrąciła kogoś
po drodze, ale przeprosiła i nie oglądając się za sobą kontynuowała bieg.
-Co z nią? –Wydyszała, kiedy
wpadła do salki pielęgniarek obok Sali 19.
-Sara jest u niej na razie.
-Trzymajcie kciuki, żeby było
wszystko okej. –Kobiety posłały w jej kierunku pokrzepiający uśmiech.
Uzdrowicielka była pełna obaw gdyż skutków samobójstwa nigdy nie da się przewidzieć.
-Dzień dobry –powitała dziewczynkę
ciepłym uśmiechem podchodząc do jej łóżka.
-Dzień dobry – mała, niewinna, wystraszona.
Hermionie nie mieściło się w głowie jak tak mała osóbka może mieć tyle za sobą
złych doświadczeń.
-Jestem Hermiona, jeśli chcesz
możesz do mnie mówić po imieniu.
-Hermiona, gdzie ja jestem? –Szatynka
uśmiechnęła się widząc, że dziewczynka nie boi się jej.
-W szpitalu. Masz na imię Alice,
prawda?
-Ali. –Poprawiła uzdrowicielkę,
na co ta się uśmiechnęła. –A czemu nie w niebie? Podobno, kiedy się umiera to
trafia się do nieba. –Zasmuciła się. Panna Granger była zaskoczona słowami
dziewczynki. –Myślałam, że jesteś aniołkiem i sprawisz, że będzie
pięknie-Brunetka odwróciła się plecami do uzdrowicielki i zwinęła w kłębek,
tworząc niewidzialną skorupę, która miała ochronić ją przed całym światem.
Hermiona widząc to przysiadła się na łóżko, chcąc zmniejszyć dystans między
nimi.
-Dlaczego myślisz, że w niebie
jest pięknie?- Zainteresowała się.
-Bo tam są aniołki.
-Ale tu też są.
-Nie prawda! –zaperzyła się.
Podniosła się do pozycji siedzącej i spojrzała oburzonym wzrokiem na Hermione. –Aniołki
są dobre, i mają dużo siostrzyczek, braciszków i mają tatę i mamę. Żyją na
chmurkach i mają śliczne aureolki i całe są takie piękne!
-A jeśli obiecuję ci pokazać
aniołka poczekasz tu na mnie 15 minut? –Uśmiechnęła się do małej ślicznotki,
która nieśmiało odwzajemniła uśmiech, a jej oczy zrobiły się duże z
podekscytowania. Pokiwała głową. - Ale musisz tu grzecznie leżeć i wypić
szklankę z tym niebieskim napojem. To uciekam –pocałowała dziewczynkę w policzek
i ruszyła w stronę swojego gabinetu, aby ściągnąć kitel. Miała teraz przerwę, więc
mogła opuścić szpital. Pospieszyła do mugolskiego centrum, które znajdowało się
dwie przecznice od szpitala. Weszła do sklepu z zabawkami dla dzieci i od razu wyjaśniła
kobiecie z obsługi, czego potrzebuje.
-Już jestem! –Obdarzyła małą
pacjentkę szerokim uśmiechem i wręczyła jej ogromny pakunek.
-Łaaaał, to dla mnie?
-A widzisz tu jeszcze kogoś
oprócz nas? –Alice nie mogła zamknąć ust ze zdziwienia. –Raz dwa, otwieraj! –Nie
trzeba było powtarzać dwa razy. Po minucie pudełko było rozpakowane, a na łóżku
było pełno słodyczy i innych przedmiotów, które Ali widziała po raz pierwszy.
-Jak w święta z filmów! Jesteś
wspaniała! –Rzuciła się szatynce na szyje. Kiedy już ekscytacja minęła nagle posmutniała.
–Ale aniołka tu i tak nie ma.
-Skarbie –wzięła dziewczynkę
podniosła do pionu i postawiła na łóżku tak, że były praktycznie na równi. Wzięła
z łóżka nowiutką różową szczotkę – aniołki są piękne- zaczęła powoli rozczesywać
jej włoski uważając by jej nie poszarpać- mają białe sukieneczki i co
najistotniejsze mają śliczne aureolki –powtórzyła
jej słowa uśmiechając się ciepło. Podniosła z łóżka białą aureolkę i wpięła w
jej śliczne czarne włoski. -Mają mamę i tatę, tak jak każdy z nas.
-Ja nie mam!
-Ależ masz! Nikt ci nie mówił,
że są zawsze z tobą?
-Przecież ich tu nie ma.
-Są tutaj-wskazała jej serduszko
i przyłożyła jej mała rączkę. –Czujesz?
-Coś puka.
-No właśnie, są w twoim
serduszku i pukają do ciebie dając ci znać ze są przy tobie. A wszyscy ludzie
są podobnież rodzeństwem, bo kiedyś nasi pra pra pra dziadkowie mieli jednego
tatusia.
-Więc jesteś moją siostrą?
-Poniekąd, ale baaaardzo bardzo
daleką. –Wzięła dziewczynkę na ręce i podeszła z nią do lustra. –Kogo tam
widzisz?
-Siebie.
-Masz aureolkę, rodziców,
braciszków, siostrzyczki! – Okręciła dziewczynkę wokół własnej osi. -Zgodnie z tym,
co opowiadałaś mi o aniołach to ja tu widzę jednego z nich. I jak aniołku? Wywiązałam
się z obietnicy?
-Taaak! –Krzyknęła uradowana
brunetka, dając buziaka w policzek szatynki i przytulając się mocno do niej.
-A teraz chyba czas trochę odpocząć.
Spróbuj zasnąć.
-Ale dzisiaj jest tak jak w bajkach.
A w bajkach zawsze są bajki na dobranoc!
-No dobrze opowiem ci bajkę o
czerwonym kapturku.- Wymieniły się szerokimi uśmiechami.
-Hermiona? Obiecujesz mi coś? –Oczy
Ali spojrzały na nią błagalnie.
-A co mam ci obiecać?
-Ale obiecasz? –Brunetka była
nieugięta. W końcu szatynka uległa jej urokowi, modląc się, aby jej prośba była
możliwa do spełnienia.
-Obiecam.
-Bądź przy mnie jak się obudzę.