GPS doprowadził ją na przedmieścia Londynu. Ogólnie miejsce było
znajome- prywatne lotnisko, malownicze łąki…, ale teraz zaparkowała przed
dwupiętrowym budynkiem, który każdy postronny obserwator wziąłby za dom,
łącznie z nią, jednak adres nie kłamał, a mugole nie wybudowaliby go w cztery
dni- była pewna, że w niedziele jeszcze tu nic nie stało. Przekręciła kluczyk w
stacyjce i wyszła z auta obładowana wszystkimi teczkami. Już miała kierować się
w stronę drzwi budynku, kiedy jej wzrok przykuł mały czarny punkcik, który
powiększał się z każdą sekundą. Pomruk silnika dał o sobie znać dopiero w
odległości zaledwie 20 metrów. Obiekt jej zainteresowanie zaparkował tuż za jej
Aston Martinem. Jak się okazało jego kierowcą był platyno włosy arystokrata, na
którego widok Hermionie od razu zrzedła mina.
Co prawda wiedziała, że go tu zastanie, ale nie spodziewała się, że
jeździ jej wymarzonym Porsche Carrera GT1. Przed jego kupnem powstrzymywało ją
przywiązanie do jej Aston Martina DBS Volante. Lubiła prędkość i wszystko, co
się z tym wiąże. Dzięki niej czuła się wolna, a wszystkie „ważne” sprawy
schodziły na bok.
-No no Granger, nieźle, panna wiem to wszystko i kabriolet- zaśmiał się
dźwięcznie, co przywróciło Hermione do rzeczywistości.
-Malfoy nie przyszłam tu na pogaduszki o samochodach. Na dodatek z
tobą.
-Co to miało znaczyć? –Uniósł jedną brew do góry –czy ty sugerujesz, że
ja się nie znam na autach?
-Nie mam zamiaru a tym bardziej ochoty dyskutować z tobą na ten temat.
-Czy ty przypadkiem nie plujesz jadem na mój widok z powodu tego cacka?
–wskazał swój samochód.
-Jak masz jakieś chore urojenia to idź do psychiatry –jej ton może i
był przekonujący, ale zdradził ją rumieniec. Blondyn wybuchnął niepohamowanym
śmiechem.
-Jakbyś ładnie poprosiła… nie, to i tak bym ci nie dał się nim
przejechać. Ale zawsze możesz próbować. Chociaż… jeśli wymyślisz coś naprawdę
interesującego to
-Skończ te głupie inscenizacje- przerwała jego wypowiedź. Nie chciała
się dowiedzieć, co miał na myśli mówiąc „interesującego”. –Załatwmy to szybko,
nie mam ochoty oglądać cię dłużej niż to konieczne.
-Aż do tego stopnia poraża cię moja uroda?
-Sory, nie kręcą mnie fretki. –Odwróciła się na pięcie i sama poszła w
kierunku drzwi. Po chwili dogonił ją Malfoy. Wyjął różdżkę i dotknął nią
klamki, którą oplotła niebiska nic, która wiła się wokół, aż do nadgarstka.
Wtedy zamki szczęknęły a Dracon popchnął drzwi przepuszczając w nich szatynkę.
Mimo, że zdziwiło ją jego zachowanie, postanowiła zostawić je bez komentarza.
Kiedy przekroczyła próg stanęła w kawowym pomieszczeniu. Dookoła
znajdowało się 6 par drzwi, a na wprost marmurowe schody, na które blondyn
wskazał zapraszającym gestem. Na piętrze znaleźli się również w tego samego
koloru korytarzu, z tą różnicą, że mniejszym, bo było tu o jedne drzwi więcej.
Malfoy poprowadził ją do pokoju na końcu korytarza. Gdy podeszli do drzwi
puścił Hermione przodem. Już miała nacisnąć klamkę, kiedy zauważyła
wygrawerowane na drewnianych drzwiach „Hermiona Granger”. Teraz już była pewna.
Ta arystokratyczna fretka wiedziała. Wiedziała już w Nowym Jorku, że będzie tu
pracować ona, tylko, czemu się na to zgodził?
-Granger pospiesz się, nie mam wolnego całego dnia. –Kiedy się ocknęła
weszła do pomieszczenia, który miał być jej gabinetem. Zatrzymała się na środku
podziwiając, z jaką trafnością zostały dobrane do siebie meble z ciemnego
drewna, jasne skórzane fotele i kremowe ściany z kamienistymi wstawkami. Po
prawej od wejścia był kominek, a obok niego dwa puste regały, które w bliskiej
przyszłości zostaną zapełnione jej książkami. Na środku pokoju stało potężne
biurko, a za nim przeszklona ściana, pozwalająca widzieć jej, co się dzieje na
ulicy. Była zaczarowane gdyż z zewnątrz widziano ją, jako zwykłe okno. Po lewej
stała szafa, oszklone szafki na dokumenty, kolejny regał, a w kącie najbliżej
drzwi wieszak.
-Mam nadzieję, że ci się podoba, bo sam musiałem zadecydować o tym
pomieszczeniu, reszta jest na twojej głowie. A jak nie, to znaczy Granger, że
nie masz gustu i w końcu przywykniesz do tego luksusu- kpiący uśmiech ozdobił
jego twarz.
-Jest idealnie –szepnęła. Była zachwycona. Sama lepiej by go nie
urządziła. W tym momencie, kiedy tak podziwiała dzieło blondyna, nie
przeszkadzał jej nawet jego zgryźliwy ton.
Platyno włosy spojrzał na jej twarz, którą rozpromieniał lekki uśmiech,
bardzo ładny uśmiech- pomyślał. Mogłaby się tak częściej uśmiechać. –Kiedy tak
stał i ją podziwiał ona podeszła do wieszaka z zamiarem zdjęcia płaszcza. Wtedy
się ocknął i usłużnie jej pomógł. Tego już nie potrafiła pozostawić bez
komentarza.
-Malfoy, czy dzisiaj jest dzień dobroci dla zwierząt?
-Hmm? –Odpowiedział niezbyt inteligentnie.
-Najpierw mnie przepuszczasz w drzwiach, teraz ten płaszcz…
-Granger, ja po prostu jestem dobrze wychowany, arystokraci tak mają, a
że Potter i Rudy to plebs nieznający zasad dobrego wychowania to już nie moja
wina.
-I mówi to Malfoy. –Odgryzła się. Swoją drogą rzeczywiście, oni nigdy
nie raczyli ją takimi drobnymi, kulturalnymi gestami.
-Brawo za spostrzegawczość. 10 Punktów dla Gryfindoru.
-Raczej starasz się zachować pozory dobrego wychowania, bo śmiem
twierdzić za akurat z lekcjami etyki moralnej i kultury to nie miałeś nigdy do
czynienia. –Ciągnęła swoją tyradę- przezywanie, popychanie, dokuczanie
słabszym, ubliżanie z powodu majątku, uważanie się za najlepszego…
-Skończ –Jego głos był zimny, nieuznający żadnych sprzeciwów.
-Przerywanie cudzych wypowiedzi też jest nietaktowne. A wracając: to
uważam, że jesteś zimnym i wyrachowanym chamem. Teraz skończyłam. No to
zaczynajmy nasze „biznesowe” spotkanie.
-Słyszałaś, że ludzie się zmieniają?
-Ludzie może i tak, ale nie ty. Udowodniłeś to w Nowym Jorku. –Hardo
spojrzała mu w oczy. Zobaczyła w nich ból, rozdarcie? Pomyślała, że powiedział
o parę słów za dużo, ale z drugiej strony to, od kiedy Malfoy żałuję czegokolwiek?
Cała jego postawa była taka opanowana, tylko te oczy…
-Masz rację, zaczynajmy. –Jego chłodny ton sprowadził ją na ziemię.
-Zapoznałam się z tymi dokumentami, które mi dałeś. Wszystko podpisane,
tylko wytłumacz mi, o co chodzi z tymi raportami dla ciebie z postępu
doświadczeń. Z tego to chyba szpitalowi powinnam się spowiadać. –Spojrzał na
nią, przedłużając specjalnie niezręczną ciszę. Wyciągnął paczkę papierosów.
-Nie obrazisz się, jeśli zapalę?
-Nie znasz lepszych sposobów na zabijanie siebie samego? –Pytanie
puścił mimo uszu i przysunął do siebie popielniczkę, którą dopiero teraz
Hermiona zauważyła. Była z tego samego drewna, co biurko, więc nie rzucała się
w oczy. Zapalił papierosa i zaciągnął się.
-Co tydzień w piątek będziemy się spotykać, abyś zdawała mi relacje z
przebiegu badań. Chce być na bieżąco i mieć skrupulatnie prowadzoną
dokumentację. Jeśli będziesz czegoś potrzebować to właśnie w piątki będziesz mi
dawać listę potrzebnych rzeczy. Na dodatek w niedalekiej przyszłości musimy omówić
kwestie twoich współpracowników. Masz jeszcze jakieś pytania?
-Co jest celem dzisiejszego spotkania?
-Tak właściwie to za 3 minuty powinien się tu zjawić za pomocą sieci
Fiuu Marcel Frence- gość zna się na laboratoriach itp. Razem omówicie projekty
wnętrz reszty pomieszczeń.
-Jakie zabezpieczenia są na tym budynku?
-Jak widziałaś mogę wejść ja i osoby, którym na to udzielę zgody
przykładowo rzucając czar czasowej zgody tak jak Marcelowi. Ty mogłaś wejść, bo
cię zaprosiłem. A teraz daj dłoń.
-Po co? –Jej ciało całe się spięło.
-Granger, głupia, przecież nic ci nie zrobię. Chce ci udzielić praw do
wchodzenia i wychodzenia z tego budynku w każdym momencie. –Niepewnie
wyciągnęła w jego kierunku dłoń. Kiedy ją ujął przez jej ciało przeszły miłe
dreszcze. Malfoy był zaskoczony, jaką delikatną i miłą w dotyku miała skórę.
Przyłożył do ich rąk różdżkę i wypowiedział zaklęcie niewerbalne w myślach. Ich
dłonie zostały otoczone niebieską nicią, taką jak jego z klamką przy wejściu.
-I już po wszystkim, chyba nie było tak źle- uśmiechnął się do niej
nadal trzymając jej drobną dłoń. Patrzyli sobie w oczy próbując się wzajemnie
rozszyfrować. Pierwsza ocknęła się Hermiona i zabrała rękę. Jej policzki pokrył
rumieniec, co rozbawiło Malfoy ’a. Szatynka postanowiła tego nie komentować,
spuściła wzrok i czekała, aż blondyn zrobi pierwszy krok.
-Wiesz, że wyglądasz jak zombie?
-Jego głos był głęboki, poważny, jakby wyrażał troskę. Jednak wszystko
by się zgadzało gdyby to nie był on.
-Jeśli to miał być komplement to coś ci nie wyszedł –uśmiechnęła się
lekko.
-Ile dziś spałaś? –Blondyn nie chciał dać za wygraną.
-Wystarczająco.
-Ile? –Jego głos był zdecydowany. Hermionie przestała podobać się ta
głupia wymiana zdań.
-Malfoy skończ to głupie przesłuchanie.
-Skończę jak się dowiem. –Jego spokój doprowadził do apogeum jej
irytacji.
-Malfoy przestań mnie wykurzać, bo nie każdy jest tobą i nie każdy ma
to, co chce. Byłam dziś na nocce, potem te durne papiery, a teraz muszę znosić
ciebie, więc zamknij się już i mnie nie denerwuj! –Oczy jej rozmówcy zapłonęły.
Najpierw pomyślała, że przesadziła podnosząc głos na wielmożnego arystokratę,
ale szybko wyprowadził ją błędu.
-Przecież ty byłaś wczoraj w dzień na dyżurze…
-Malfoy nie udawaj zmartwionego tatusia. Nie pasuje to do ciebie. –Ta
uwaga dotknęła Dracon’a. Zrozumiał, że przesadził. Poza tym, czemu interesuję
się i denerwuje z powodu tej brudno krwistej kobiety?
Atmosfera w pomieszczeniu stała się napięta. Ich ratunkiem okazał się
mężczyzna w podeszłym wieku o siwych włosach wyskakujący z kominka. Malfoy jak
przystało na gospodarza wstał i przywitał się uściskiem dłoni z mężczyzną.
-Dzień dobry Marcelu, cieszę się że jesteś.
-Witaj Draco, miło mi, że mogę ci jakoś pomóc. Cóż to za piękna dama?
–Przenikliwe niebieskie tęczówki spoczęły na szatynce.
-To Hermiona Granger. To z nią omówisz resztę projektów.
-Będzie mi bardzo miło z panią współpracować. –Podszedł do niej i ujął
jej dłoń składając pocałunek.
-Mam nadzieję, że się szybko porozumiemy w tej kwestii, zależy mi na
jak najszybszym rozpoczęciu badań. – Malfoy przewrócił oczami, mimo, iż nikt
nie mógł tego zobaczyć. Kiedy stawała się panią doktor Granger, równocześnie
stawała się wyrafinowaną, oficjalną, dumną, szanowaną, a zarazem seksowną i
niedostępną kobietą. Teraz nie było po niej nawet widać tych 24 ciężkich godzin
pracy.
-To ja już zostawię was samych. Mam jeszcze parę spraw do załatwienia.
–Blondyn założył płaszcz spojrzał na swoich pracowników, którzy już zajęli się
planami na tyle, że pożegnali go szybkim skinieniem głową. W progu obejrzał się
po raz ostatni przez ramię. Brązowe włosy opadały jej kaskadą na ramiona
zasłaniając twarz. W palcach obracała długopis- prawdopodobnie nieświadoma
tego. Cała swoją uwagę skupiała na projektach, które przed nią spoczywały.
Marcel Frence okazał się bardzo miłym i doświadczonym w swoim fachu
człowiekiem. Razem z Hermioną szybko znaleźli nic porozumienia. Spędzili
wspólnie 7 godzin, nie wiedząc nawet, kiedy ten czas zleciał. Wszystko
dokładnie opracowali, więc Hermiona była szczęśliwa, kiedy parę minut przed
północą wchodziła do domu. Wzięła z lodówki jogurt a do tego bułkę i siadła
przed telewizorem. Eliksir dopiero przestawał działać. Zmęczenie poczuła, gdy
była pod prysznicem. Ostatecznie położyła się parę minut po pierwszej. 5 Godzin
snu to całkiem sporo jak dla niej. Na funkcjonowanie przez 12 godzin dyżuru
powinno wystarczyć.
Budzik, szybkie śniadanie,
prysznic, garderoba, auto, szpital. Hermiona działała jak robot, z letargu
wyrwała ją dopiero Carl.
-O witaj Hermiono! Dobrze, że
cię jeszcze złapałem. Już wychodziłem do domu.
-O cześć. –Jej inteligentna
odpowiedź zaniepokoiła uzdrowiciela.
-Wszystko w porządku? Kiepsko
wyglądasz.
-Tak, tak to tylko brak kofeiny.
-Albo raczej snu. –Uśmiechnął
się do niej pobłażliwie.
-O czym chciałeś porozmawiać?
–Hermiona nie chciała się z kolejną osobą wdawać w dyskusje na temat jej życia.
Co oni się tak na nią wszyscy uwzięli?
-O tej małej dziewczynce, co
skoczyła z mostu. Alice. No wiesz: czarne włosy, czarne oczy…
-Tak, tak wiem, która. Nie rób ze mnie upośledzonej osoby.
-Wiesz co zapraszam cię do bufetu na kawę, bo chyba jednak wolę tą
przytomną dziewczynę.
-Chyba skorzystam, ale ty przecież nie uśniesz po …
-Ja wypiję herbatę. –Przerwał jej wpół zdania.
-Ok. –Ruszyli na najwyższe piętro ramię w ramię. Kawa okazała się
zbawieniem Hermiony, pochłonęła ją w minutę. Od razu poczuła się lepiej i
zaczęła rozumieć powagę sytuacji. Carl miał jej do przekazania jakąś ważna
wiadomość i to dotyczącą Alice.
-Co z Ali?
-No i wróciła doktor Granger. Wiesz, że sen jest zdrowszy od kawy?
–Uniósł brew rozbawiony patrząc na szatynkę.
-Wiem. –ucięła szybko. –Co z
nią?
-Leki działają, ale przed nią jeszcze długa kuracja, a potem potrzebna
będzie stała opieka psychologa. W jej chorobie teraz jest najważniejszy etap.
Porozumiałem się z Kliniką Świętego Antoniego. To niedaleko stąd, więc można ją
przetransportować za pomocą sieci Fiuu.
-Zaraz, zaraz. Czy ty chcesz ją gdzieś przenieść? Przecież to moja
pacjentka! –jej wybuch zwrócił uwagę paru osób siedzących w pobliżu.
-Uspokój się. Oni specjalizują się w tego typu chorobach i mają
znacznie lepsze wyposażenie pod tym kątem. Mają też oddział dziecięcy i
świetnych opiekunów, którzy pomogą jej wyjść z dołka.
-Sama nie wiem.
-Hermiona ty już zrobiłaś dla niej wszystko, co mogłaś. Uratowałaś jej
życie. Daj teraz innym możliwość wykazania się. Nie zrobisz wszystkiego sama.
Wiem, że nie lubisz zostawiać niedokończonych spraw, ale zastanów się, co jest
lepsze dla Alice.
-Kiedy by po nią przybyli?
-Jutro o 9. Mają specjalny sprzęt do transportu, więc nie musisz się o
nic martwic.
Hermiona cały dzień chodziła jak struta rozważając wszystkie za i
przeciw. Starała się jak najwięcej pracować, by tylko móc się na chwile oderwać
od natrętnych myśli czy dobrze zrobiła godząc się na wyjazd Ali. Gdy tylko
miała chwile wolnego zaszywała się na izbie gdzie zawsze brakowało rąk do
pracy. Cały czas najgorsze miała przed sobą. Musiał powiedzieć tej małej o
zaistniałej sytuacji. Dziewczynka obdarzyła ją zaufaniem a ta ją zawiedzie. Te
i inne myśli krążyły jej po głowie nie dając spokoju. Koniec dyżuru nadszedł
zbyt szybko, a brunetka cały dzień spała, więc nie było okazji do poważnej
rozmowy. Hermiona nie czuła się zmęczona, wprost przeciwnie. Dzisiejsza
wiadomość spowodowała napływ adrenaliny. Emocje napędzały ją, nie potrzebowała
już nawet kawy. Zaszyła się w swoim gabinecie czekając na patronusa z
informacją o wybudzeniu się Alice. W tym czasie zajęła się dokumentacją. Z
początku szło jej to opornie, ale po chwili jej głowa zapełniła się liczbami,
imionami, nazwiskami, chorobami, dając ukojenie. Kiedy uzupełniała ostatnią
kartę zmaterializował się przed nią patronus, ten co ostatnio- nietoperz- dając
znać, że to już czas.
-Jak się czujesz? Jest trochę lepiej? –Twarz szatynki rozpromienił
szczery uśmiech. Rozczulał ją widok tej małej, ślicznej istotki.
-Trochę. Ale inne aniołki powiedziały, żebym się nie martwiła, bo
jesteś dobra i miła i na pewno mnie uzdrowisz. –Hermionie stanęła w gardle
wielka gula. I jak ona ma przekazać tej kruszynce, że już się prawdopodobnie
więcej nie zobaczą?
-Tylko widzisz, ja się zajmuję ratowaniem życia –zaczęła powoli.
–Przyjechałaś do nas w ciężkim stanie a ja ci pomogłam. I to była moja rola.
Każdy w tym wielkim świecie ma jakieś zadanie, które wykonuje najlepiej jak się
da.
-Czy ja też mam takie zadanie? –Oczy brunetki błyszczały ciekawością.
-Oczywiście, że tak!
-A co to?
-Tego nie wiem, ale możesz spytać aniołki może one wiedzą. Jednak
najczęściej bywa tak, że nasze zadanie poznajemy, kiedy stajemy się dorośli.
-A co się dzieje kiedy zadanie się kończy? –Teraz Hermione czekał
najgorszy moment.
-Wtedy rozpoczyna się nowe –westchnęła. –Moje zadanie się dzisiaj
skończy i będę ratować kolejną osobę, a nowe zadanie będzie miała osoba, która
zna się na twoich małych płuckach.
-Czyli, że mnie zostawisz? –Szatynka ujrzała w oczach małej strach.
Przygarnęła ją do siebie i wyszeptała do ucha.
-Oczywiście, że nie kochanie. Przecież jesteś moim aniołkiem.
-To co teraz będzie?
-Dziś zaśniesz głębokim snem jak śpiąca królewna i obudzisz się w
nowym, dużo fajniejszym miejscu. Będzie tam dużo takich szkrabów jak ty, więc
będziesz się tam świetnie bawić.
-A jak będzie niefajnie?
-To wtedy nie należy się smucić, bo i to zadanie dobiegnie końca, a
wtedy już będzie na pewno bardzo, bardzo fajnie, ale nigdy nie trać wiary.
Zapamiętaj! Ale jestem pewna, że będziesz się tam świetnie bawić. Poza tym to
nie zabawki czynią nas szczęśliwymi tylko wyobraźnia.
-A czy mogłabyś mi zaśpiewać kołysankę?
-Oczywiście kochanie. –Szatynka szczelnie opatuliła dziewczynkę kołdrą
i przysiadła na brzegu jej łóżka, po czym zaczęła cicho śpiewać. Mimo, iż
brunetka usnęła bardzo szybko, uzdrowicielka siedziała przy niej do momentu,
kiedy do Sali nie wszedł Sam wspólnie z dwoma wysokimi mężczyznami. Nadzorowała
całą akcje przeniesienia dziewczynki. Kiedy znikali w kominku, szepnęła w pustą
przestrzeń „Do zobaczenia Ali”.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz