niedziela, 8 lutego 2015

3. Drzwi

-Witam wszystkich serdecznie na pokładzie samolotu Porta Caelum 99 linii lotniczych FAIRair- „drzwi nieba” jak przetłumaczyła sobie w głowie Hermiona, śmiejąc się w duchu z niedorzeczności tej nazwy. Prędzej już drzwi piekła, Malfoy nie zapowiadał nic dobrego. – Nazywam się Dracon Malfoy. Jestem –arystokratycznym dupkiem, dokończyła w myślach – założycielem FAIRair i będę miał dzisiaj przyjemność pilotować ten oto samolot. Życzę miłego lotu i oczywiście proszę korzystać z wszelkich dogodności bez ograniczeń. –Skinął lekko głową i zniknął za drzwiami kokpitu.
Gdy samolot startował szatynka zaczęła się zastanawiać, dlaczego na biletach nie dołożył rubryki „status krwi”. Czyżby nade wszystko ważniejszy był zarobek? Nawet kosztem tego, iż samolot pobrudzi się szlamem?
-Przepraszam, czy mogę prosić o poduszkę? –Zaczepiła jedną ze stewardess, piękną brunetkę o długich nogach. Pewnie jedna z dziwek Malfoy ’a. Teraz to dopiero musiał szaleć, do wyboru do koloru, jego własnoręcznie skompletowany personel. Ciekawe jak wyglądała rozmowa kwalifikacyjna. Małe fiku miku w jego sypialni? Czy może robili to w bardziej profesjonalnym miejscu np. na takim biurku szanownego pana dyrektora.
-Proszę –z szerokim uśmiechem niejaka Madelaine, której imię poznała dzięki identyfikatorowi podała jej zieloną poduszkę. Czy ślizgoni mają jakiś sentyment do tego koloru czy jak? –Te i inne myśli zaprzątały głowę panny Granger dopóki ta nie spoczęła na miękkim materiale. Odpłynęła w krainę Morfeusza, co po 24 godzinach na nogach było dla niej zbawienne.
Poczuła lekkie szarpnięcie za ramię. Jej powieki usilnie strajkowały nie chcąc się podnieść. Kiedy im się to w końcu udało oczy ich właścicielki ujrzały blondynkę, która wyglądała jak światowej klasy modelka.
-Będziemy już lądować, proszę zapiąć pasy.
-Ach, dziękuje za obudzenie mnie i za poduszkę- oddała ją bardzo niechętnie w ręce kobiety. Spojrzała na zegarek. Dochodziła godzina 11. Nie jest tak źle. Prawie cztery godziny snu, powinno starczyć na przetrwanie dzisiejszego dnia-pomyślała a po chwili zreflektowała się. 11. Godzina  11. Jak to możliwe? Wyjrzała przez okno. To na 100% był Nowy York . Dojrzała nawet Statuę Wolności. Cztery godziny. Czy to możliwe? Wzięła do rąk teczkę i szybko przejrzała jej zawartość. Do pliku najważniejszych dokumentów typu bilet, rezerwacja w hotelu, plan całego wyjazdu była dołączona ulotka FAIRair. Mimo turbulencji była wstanie odczytać, co ważniejsze informacje. Znalazła to, czego szukała „Linie lotnicze FAIRair posiadają najszybsze oraz najbardziej ekskluzywne samoloty na świecie” – to by się zgadzało. Czyli wcale to nie był żaden żart tylko rzeczywiście dostała się do Ameryki w ciągu czterech godzin. Od razu zajrzała do planu. O 14 zaczyna się konferencja, o 18 bankiet. Około godziny 21 musi wylecieć do Londynu, aby być z powrotem o 7 w szpitalu. Przez chwile zastanawiała się ile może kosztować jej dzisiejszy bilet do Nowego Yorku, ale po chwili dochodząc do wniosku, że to pewnie jej miesięczna wypłata o ile nie dwie postanowiła wrócić tradycyjnym samolotem, w klasie ekonomicznej. Nie lubiła wydawać pieniędzy na zbędne luksusy. Przynajmniej w drodze powrotnej się wyśpi. I z tą myślą opuściła samolot ciągnąc za sobą swój niewielki bagaż podręczny. Znów stała w niewielkiej hali odlotów. Najwyraźniej Malfoy nie chciał korzystać z lotnisk mugolskich i zbudował swoje własne, prywatne. Opuściła budynek szukając wolnej taksówki, które ustawiły się w kolejce przy samym wejściu, a do każdej z nich wsiadali kolejni drogo ubrani ludzie- najbardziej szanowani uzdrowiciele z całej Europy i ona. Dwudziesto-trzy latka. Tak bardzo nie pasowała do nich wszystkich. Co ona tu w ogóle robi? A tak, została zmuszona przez Sama do przebywania w tym jakże wspaniałym towarzystwie pełnym zakochanych w sobie egoistów na czele z per arystokratą Malfoy’em. Gorzej być nie mogło, a jednak. Gdy już miała wsiadać do auta, ktoś chrząknął za jej plecami dając o sobie znać. Odwróciła się i ujrzała blondwłosego mężczyznę z szerokim uśmiechem na twarzy i oczami, w których mieniły się wszelkie odcienie nieba.
-Przepraszam, nie chcę się narzucać, ale może mógłbym panią podwieźć? –Hermiona zdębiała. Uprzejmy ton, ta postawa, to nie pasowała do tego Malfoy’a którego ona znała, ale chwila, pani? I wszystko wiadome, nie poznał jej.
-Nie, dziękuję-odpowiedziała chłodno, a przed jej oczami stanęły wspomnienia z lat szkolnych. Te godziny, które spędziła płacząc w poduszkę z powodu głupiego arystokraty. Odwróciła się z zamiarem otworzenia drzwi taksówki, jednak Draco zdążył zauważyć w jej oczach coś dziwnego. Strach, ból a może niepokój? Albo wszystko jednocześnie. Złapał ją lekko za ramię i odwrócił w swoją stronę.
-Coś się stało? Może mógłbym jakoś pomóc? –dobre wychowanie nie pozwalało mu zostawić obojętnie cierpiącej kobiety. A poza tym te jej oczy, wydawały mu się dziwnie znajome. Zatopił się na chwile w ich czekoladowej barwie, próbując wyczytać z nich, co kieruje kobietą. –Czy my się przypadkiem nie znamy? –Hermiona wyrwała mu momentalnie rękę, wyrywając się z chwilowego letargu. Zerwała z nim kontakt wzrokowy i już unikając jego świdrujących ją źrenic odpowiedziała.
-Odejdź. –Nerwowo się zaśmiała, a on popatrzył na nią sceptycznie nie wiedząc, o co jej chodzi. Zaintrygowała go. Jeszcze żadna kobieta, nigdy, ale to nigdy go nie zbyła. –Odejdź, bo jak sobie już uświadomisz, co robisz –tu spojrzała na jego rękę, której jeszcze nie opuścił po tym jak mu się wyrwała- to do końca świata och per arystokrato będziesz się musiał szorować ze szlamu- ostatnie słowa już wykrzyczała, zwracając uwagę kilku ludzi. Korzystając z jego chwilowego oszołomienia szybko wsiadła do żółtego auta i kazała taksówkarzowi ruszać. Szatynka uspokajała się chwile, usilnie starając się powstrzymać napływające do oczu łzy, a gdy jej się to już udało poinstruowała starszego mężczyznę gdzie jechać.

Taksówka odjechała, a on nadal stał jak słup. Znał ją, a ona jego. Wiedziała, że jest arystokratą, a ona sama mu powiedziała, że jest szlamą. Dużo znał czarodziei, o brudnej krwi. Trochę wrogów mu się przez lata nazbierało dzięki poglądom ojca, między innym Święta Trójca. Zaraz, zaraz. Wróć. Święta Trójca. Rudy, Potter, Granger. No właśnie, czy to mogła być Hermiona Granger? Największa kujonica, jaką znał Hogwart? Ta kobieta, która przed chwilą zniknęła była piękna, idealna i te oczy… a do tego miała charakter. Wszystko to, czego Granger nigdy nie miała. Ruszył w kierunku swojego Porsche Carrera GT1 przeszukując zakamarki swej pamięci, poszukując tajemniczej dziewczyny, byłej uczennicy Hogwartu –oczywistym było dla niego, że tam się poznali. Tylko w szkole nękał brudno krwistych. Przed nią nie znał ludzi tego pokroju a po wojnie zrozumiał, że ten podział jest bezsensowny, więc już nie używał słowa „Szlama”.

Zimny prysznic orzeźwił ją i dał ukojenie jej zszarganym nerwom po spotkaniu z Malfoy’em. Przestała o nim myśleć. Już i tak go więcej nie zobaczy. Był pilotem i to tyle w temacie. Nawet nie wraca jego samolotem. Na szczęście. Opuszczając w ręczniku łazienkę podeszła do torebki i wyciągnęła z niej małego notebooka, z którym się nigdy nie rozstawała. Mugolski wynalazek a jakże przydatny. Tak właściwie samoloty też były mugolskie, a Malfoy je miał, co prawda podrasowane magią, ale jednak mugolskie. Eh i znów o nim myśli, skarciła się w duchu. Weszła na stronę „ryanair” i wyszukała odpowiedniego lotu o 21.30, Odprawa godzinę wcześniej, więc podsumowując spędzi w towarzystwie tych obrzydliwie bogatych buraków tylko dwie godziny. Świetnie. Zadowolona ze swojej pomysłowości, kupiła bilet przez Internet. Już miała odejść, aby zacząć się przygotowywać do konferencji gdy notebook zaczął wydawać znany jej dźwięk- Skype. Dominic dzwonił. Uwielbiała w nim wszystko a w szczególności to, że pomimo, iż jest arystokratą, szanuje wszystkich ludzi i jest pełen podziwu dla sprzętu skonstruowanego przez niemagiczne istoty. Sam w domu posiadał mnóstwo mugolskich urządzeń. Laptop, telewizor, mikrofalówka, komórka… komórki ostatnio nawet w świecie czarodziejskim stały się popularne. Wcisnęła przycisk „odbierz”.
-Hej Dom! Jak się czujesz? –zawołała uradowana.
-Bywało lepiej –westchnął –a ty?
-Pięknie tu jest, mam pokój na 40 piętrze, wielki apartament z widokiem na centrum i jest tu gorąco!
-A w Londynie leje. –odpowiedział smutno. Jego głos przepełniała gorycz i smutek.
-Ej, nie martw się. Wszystko będzie dobrze. –chwile zastanawiał się jak go pocieszyć, z doświadczenia wiedziała, że puste słowa na nic się nie zdadzą, ale teraz nie ma jej przy nim.- Wiesz, ja też przez to przechodziłam, straciłam obojga rodziców. Wtedy zatopiłam swoje smutki w pracy, ciągle rozpamiętywałam chwile, w których się z nimi kłóciłam zastanawiając się ile straciłam na to naszego wspólnego cennego czasu, który się skończył i już nie powróci. Rok zajęło mi zrozumienie, że źle do tego podchodzę, bo nie powinno się wspominać tych złych chwil tylko te dobre, wspaniałe, niepowtarzalne. Pamiętasz jak w zeszłym roku kupiłeś swojej mamie z okazji 89 urodzin 89 różnych herbat i filiżanek? Jej szczęście? To był zarazem szalony jak i rewelacyjny pomysł. Przypomniał jej te wszystkie 89 lat. Wzloty i upadki. Była cudowną kobietą, jedyną w swoim rodzaju. Ktoś powiedział nie żałuj umarłych, żałuj żywych żyjących bez miłości. Ona przeżyła swoje życie, kochała ciebie, oraz twojego ojca. Teraz gdzieś tam będą mogli być razem, a przyszła kolej na to abyś ty przeżył swoje życie. Ja straciłam rok na użalaniu się nad sobą. Tobie na to nie pozwolę.
-Dziękuję- słyszała, że jego głos lekko drży. Płakał. –Dziękuję, że jesteś.  
-Dominic, ja zawsze będę, nigdzie się nie wybieram. No może poza dzisiejszym dniem, ale to przymus.
-No pani doktor, za godzinę wygłosi przemówienie. Jestem z ciebie dumny-powiedział już nieco weselszym tonem.
-Że, co? Za godzinę? O matko. –Ręce zaczęły jej drgać.
-Oddychaj-poinstruował ją przyjaciel domyślając się, w jakim jest stanie.
-Ale ja nie mam nic przygotowanego! –zaczęłą nerwowo chodzic po pokoju.
-Jesteś już ubrana, wymalowana i wgogóle?
-Nie! –Jej krzyk, mimo, iż za pośrednictwem laptopa, dobił jego bębenki słuchowe.
-Chyba oguchłem.
-Dom! To nie jest śmieszne!
-I nie miało być, a teraz uważnie słuchaj –jego głos był opanowany, sprawił, że Hermiona przystanęła w miejscu i całą swoją uwagę skupiła na notebooku.
-Masz 20 minut, żeby się ubrać i sprawić, ze powalisz tam wszystkich na kolana. 20 minut! Czekam, raz dwa biegnij do łazienki! –Odpowiedzi się już nie doczekał gdyż panna Granger całą swoją uwagę poświeciła sukience i makijażowi. Na końcu związała swoje włosy w koka, wyperfumowała się, i pomalowała swoje usta soczystą czerwienią.
-Jestem! –zawołała w stronę ekranu.
-No to się pokaż- jak powiedział tak zrobiła, po czym sam włączył swoja kamerkę. Na jego twarzy malowało się zdumienie.
-Łaaaał, 18 minut. Wiesz, to jest przerażające, co ujrzałbym gdybym dał ci godzinę.
-Już nie przesadzaj –mrugnęła do niego. –Jak chcesz mogę się iść przebrać.
-Nie ma takiej możliwości! –Zaperzył się. –Wyglądasz… cudownie.
-Dzięki –zarumieniła się-, ale to nie czas na rozważania na temat mojej kiecki.
-Nie kiecki, tylko ciebie, ale tu się zgodzę mamy -spojrzał na zegarek -31 minut, aby zaplanować cały twój występ.
-Ja chyba nie dam rady –załamała się.
-Ej, nie pękaj w końcu jesteś gryfonką! Bierz kartkę i notuj. Wiesz już, o kim chcesz mówić? O którym przypadku? –Wypytywał.
-Myślałam nad Mailey, to było dawno, ale chyba ten przypadek najbardziej zapadł mi w pamięć.
-Dasz radę? –Jego głos przepełniony był troską.
-Muszę.

-A teraz mam przyjemność przedstawić wam najmłodszego ordynatora szpitala, z jakim przyszło nam do tej pory obcować, a zarazem najbardziej profesjonalnego i wyrafinowanego w swoim rodzaju. Głównie zajmuje się urazami pozaklęciowymi, w czym jest niezastąpiona. Zapraszam i mam zaszczyt wam przedstawić pannę Hermione Granger! –Zawołał z entuzjazmem starszy mężczyzna, z którym szatynka miała raz okazje pracować, kiedy odwiedzał ich szpital. Był to miły starszy człowiek, doświadczony życiem.
Zza kurtyny wyszła kobieta, na której widok męska część widowni zaczęła się ślinić. Dla postronnych obserwatorów była pewną siebie kobietą, dumną, pewną swoich wartości, lecz każdy, kto ją znał wiedział, że to tylko pozory. W rzeczywistości była pracoholiczką, która za wszelką cenę nie chciała pokazywać innym swoich słabości. Nie chciała litości. Dlatego teraz zacisnęła zęby, uniosła wysoko głowę i wkroczyła na scenę.
-Witam, nazywam się Hermiona Granger. Jestem uzdrowicielem w szpitalu św. Munga w Londynie. –Wciągnęła głośno powietrze i kontynuowała. –Rok temu przywieziono do nas siedmioletnią dziewczynkę- Mailey.

W tym samym czasie, kiedy na scenę weszła szatynka o czekoladowych oczach, platynowłosemu arystokracie opadła szczęka.
-Granger. Jednak Granger. Niemożliwe. Przystawiałem się do Granger. –Szeptał pod nosem. Jego monolog trwałby dłużej gdyby nie szturchnięcie wyraźnie zainteresowanego jej przemową starca. –Świat się wali. –Pomyślał, po czym podparł głowę ostentacyjnie wzdychając, czym przykuł uwagę kilku najbliższych osób. Swoją uwagę postarał się skupić na przemowie, ale skutecznie odwodziło go od tego ponętne ciało mówczyni. Rzadko kiedy jakaś kobieta robiła na mi takie wrażenie, a jej w żuciu nie spodziewałby się tego po Grenger… Brudnokrwistej… Szlamie… -tak dawno nie używał tego słowa, po wojnie zrozumiał wiele swoich błędów i nie dzielił już ludzi na lepszych i gorszych, o czym świadczyły nawet jego linie lotnicze którymi podróżowali również mugole, ale Granger – to inna historia. Jego rozmyślenia przerwała wrzawa oklasków. To było szczególnie dziwne gdyż ludzie zazwyczaj schodzili w zupełnej ciszy ze sceny.
-Zdumiewające! Taka młoda a taka inteligentna i ambitna! Krótko, treściwie, na temat i co najważniejsze ujmująco! Będzie z niej wyśmienita uzdrowicielka! –Zagadywał go sąsiad po prawej, zachwycony kobietą.
-Taaa, z pewnością. –Nie przejmując się karcącym wzrokiem mężczyzny wstał i ruszył do wyjścia.

-Zrobiłam to, udało mi się! –Nawijała do komórki jak najęta- na początku myślałam, że nie dam radę, ale przypomniałam sobie twoje ostatnie słowa, że jestem gryfonką a oni się nie poddają. Wyszłam i opowiedziałam!
-Jestem z ciebie dumny, rodzice Mailey też by byli gdyby to słyszeli.
-Nie jestem tego taka pewna. –Jej nastrój momentalnie się zmienił.
-Miona przedłużyłaś jej życie o pół roku! To cud, ten przeszczep był pierwszym w Londynie w magicznym szpitalu, a na dodatek na takiej małej istocie.
-Ale jej nie uratowałam.
-Masz racje, dałaś jej znacznie więcej. Dałaś jej pół roku w miarę normalnego życia wspólnie z rodziną.
-Wiesz Dom, ja już będę kończyć, muszę się przygotować na bankiet.
-Okej, masz na nim oszołomić wszystkich! I nie martw się już tą historią, było minęło, a ta konferencja pozwoli spojrzeć ludziom na to z innej strony, może znajdą się kolejni wystarczająco odważni by się do tego posunąć. Trzymaj się Mionka, pa. –i rozłączył się. Zamyślona nad jego słowami, chowając komórkę do torebki wpadła na coś twardego. Upadłaby gdyby nie przytrzymała jej silna ręka w tali.
-Och przepraszam-podniosła głowę do góry i spojrzała prosto w stalowe tęczówki mężczyzny.
-Aż tak oszołomiła cię moja uroda? Lecisz na mnie po jednym spotkaniu? –uniósł do góry jedną brew kpiąco się uśmiechając.
-Sory Malfoy, ale jak tak zagadujesz „panie” z agencji towarzyskich to chyba liczą sobie za to podwójnie.
-Dla twojej wiadomości ja nie muszę nikomu płacić za sex, kobiety same do mnie lgną.
-Patrz, twój cały świat właśnie legł w gruzach. Nie lecę na ciebie, bo wiesz, a właściwie skąd masz wiedzieć! –Zaśmiała się dźwięcznie- istnieje coś takiego jak mózg, a ja go posiadam! Poczytaj o nim w atlasie anatomii. –już go chciała wyminąć, kiedy chwycił jej dłoń i spojrzał prosto w oczy.
-Tak właściwie to nadal jest cały, bo rozmawiamy o kobietach –zmiażdżył ją spojrzeniem zwycięzcy i tym razem to on wyminął ją. Kiedy był już w drzwiach dobiegł go wesoły głos byłej gryfonki.
-Taki bogaty a nie stać cię na bilobil? Poproś jedną ze swoich lasek żeby ci kupiła, na pewno będzie zachwycona, że zapamiętasz jej imię. To i tak dużo na tak mały mózg, więc go nie przeciążaj –puściła mu oczko- i to ty na lotnisku śliniłeś się na mój widok. –Zachwycona swoją wygraną przeszła obok blondyna nie zaszczycając go ani jednym spojrzeniem. Malfoy był zły, on jest arystokratą i nikt nie będzie go obrażał.
-Myślałem, że na takie imprezy zaprasza się tylko ludzi godnych magii. Nikt mnie nie uświadomił, że będzie tu pełno szlamu. –O ile do tej pory była górą tak teraz poczuła się jak kompletne zero. Przypomniały jej się te wszystkie szkolne lata. Ich dzisiejszą słowną potyczkę wzięła, jako zabawę, ale teraz już oprzytomniała. To Malfoy, zasrany dupek, który na zawsze pozostanie bezuczuciowym arystokratą. W jej oczach stanęły łzy. Nie potrzebnie wdawała się w tą głupią dyskusję. Nie były to łzy takie jak w Hogwarcie- bólu i cierpienia, że jest gorsza. Teraz wiedziała, że są równi. Były to łzy spowodowane jej głupotą i bezsilnością. Wyszła z budynku na zalaną słońcem ulicę pozostawiając blondyna w budynku. On dostrzegł te łzy. O ile nie ruszały go kobiety płaczące po tym jak je rzucił tak po tym widoku nie mógł się otrząsnąć. Był wściekły, ale to nie tłumaczy jego arystokrackiego zachowania. „Wesoło” się kłócili, ale on jak zwykle musiał przesadzić. Tak właściwie teraz panna Granger go zaintrygowała. Z jednej strony piękna, pyskata, ambitna kobieta, a z drugiej tak delikatna. Ale, o czym on myśli. To Grenger… Oni się nienawidzą.
Wpadła do swojego apartamentu i od razu zrzuciła z siebie sukienkę, i weszła pod zimny prysznic. Jej oczekiwania zostały spełnione, zmył z niej wszystkie przykre wspomnienia z dzisiejszego dnia. Doszła do wniosku, że nie ma sensu przejmować się fretką-zaśmiała się w duchu na to określenie. Zobaczy go pewnie jeszcze dziś na bankiecie a potem będzie już miała święty spokój. Starannie wytarła ciało i wysuszyła włosy, dzięki czemu były idealnie proste. Zrobiła sobie lekki makijaż, podkreślając usta czerwoną szminką i założyła wybraną na dzisiejszą okazje kreacje. Bordowy materiał idealnie pasował do ciała panny Granger. Z niewielkim dekoltem, ale odsłoniętymi całymi plecami, mogła uwieść nie jednego mężczyznę. Suknia była asymetryczna, więc ukazywała kawałek jej długich zgrabnych nóg. Końcowy efekt był porażający.
-Czasem trzeba zaszaleć –szepnęła do siebie i ruszyła na bankiet.

Mężczyźni wodzili za nią wzrokiem, wyróżniała się na tle wszystkich innych kobiet. Co rusz prowadziła z kimś rozmowę.
-Panna Hermiona Granger jak mniemam? –Podszedł do niej jeden ze starszych obrzydliwie bogatych biznesmenów. –Marcel Ought, miło mi panią poznać.
-Dzień dobry, mi również- wyciągnęła do niego dłoń, którą on ucałował.
-Co taka piękna kobieta robi na balu sama?
-Została zmuszona do przyjazdu tutaj –wymuszenie uśmiechnęła się.
-Chętnie dotrzymam pani towarzystwa – jego dłoń powędrowała na talie dziewczyny. CO za bezczelny typ pomyślała.
-Dziękuję, ale nie skorzystam, jestem tu w sprawach tylko i wyłącznie służbowych- wyplątała się z jego uścisku i nim zdążył coś powiedzieć zniknęła w tłumie. Popijając jeden z kolorowych drinków, przyglądała się wirującym na parkiecie parom. Jest tu zaledwie 10 minut a już zdążyła znienawidzić Sama za jego głupie polecenie służbowe.
-Czy mógłbym prosić panią do tańca? –z rozmyślań wyrwał ją głos przystojnego mężczyzny mającego około 30 lat. Wysoki, szatyn, o czarnych oczach. Przystojny i może umie tańczyć- pomyślała.
-Chętnie – uśmiechnęła się ciepło. W zupełnej ciszy przetańczyli najbliższe pół godziny, po czym wyszli na wielki balkon przygotowany również dla gości.
-Całkiem nieźle tańczysz- zagadnęła go wesoło.
-Ty też jesteś całkiem, całkiem w te klocki –był wyluzowany, co kojąco działało na zszargane dzisiejszym dniem nerwy panny Granger. –Tak w ogóle jestem Mike.
-Hermiona, jesteś Amerykaninem?
-Nie, anglikiem, ale pracuję we Włoszech. Za to ciebie o pracę pytać nie muszę. Zrobiłaś nie małe wrażenie dzisiejszą przemową. Pierwszy uzdrowiciel, który pokusił się o przeszczep serca. Jestem pełen podziwu.

-Zmieńmy temat- poprosiła. Szatyn nieco się zmartwił smutkiem w oczach kobiety, ale przystał na propozycję. Rozmawiali na niezobowiązujące tematy. Gdy na dworze zrobiło się chłodno weszli do środka, a jakiś mężczyzna podszedł do nich i zaczął prowadzić niezobowiązującą rozmowę z Mike’iem. Hermiona zaczęła się nudzić, a widząc, że jej kolega przestał się nią interesować odeszła w stronę stołu z przekąskami. Nie minęły dwie minuty a poprosił ją do tańca przystojny blondyn-Jose. Potem, co kawałek zmieniała partnerów, aż wybiła godzina 20 i stwierdziła, że czas się zbierać. Przeprosiła aktualnego partnera i zaczęła kierować się w stronę wyjścia. Nagle przed nią wyrósł przystojny mężczyzna o platynowych włosach. 

2 komentarze:

  1. Czesc.
    Opowiadanie calkiem ciekawe, jednakze mam jedna uwage, nazwisko Hermiony pisze sie "Granger" a nie " Grenger". Czekam na kolejny rozdzial.

    OdpowiedzUsuń
  2. Już się poprawiłam :D bardzo dziękuję za komentarz, przynajmniej wiem, że ktoś to czyta :)

    OdpowiedzUsuń