niedziela, 18 stycznia 2015

2. Istota ludzkiej esencji - ŻYCIE

Hermiona założyła wytarte ciemne jeansy, bluzę, która odsłaniała jej płaski brzuch, a do tego białe niskie conversy. Włosy związała w kitkę. Patrząc w lustro stwierdziła, że wygląda po prostu ładnie i to ją satysfakcjonowało. Kiedy usłyszała dzwonek do drzwi szybko zbiegła po schodach, aby je otworzyć. W progu stał Dominic ubrany w czarną bluzkę z długim rękawem oraz czarne spodnie. Wyglądał w tym seksownie i pociągająco. Pomimo że była gryfonka dostrzegała w nim te wszystkie zalety widziała w nim tylko przyjaciela.
-Gotowa?-zapytał dając jej buziaka na powiatanie.
-Jak widać- obróciła się wokół własnej osi. Złapała go za rękę i pociągnęła na dwór. –Pospieszmy się, nie chce siedzieć w pierwszym rzędzie!-szybko przekręciła klucz w drzwiach i w podskokach podeszła do auta przyjaciela, który ja przystało na dżentelmena otworzył jej drzwi. Wsiadła do BMW M3, w którym unosił się zapach jej przyjaciela. Lubiła go, był taki jego, czuć było nutę cytrusowa, wyrafinowane a zarazem takie świeże.
                Włączyła radio i trochę pogłośniła, ponieważ leciała właśnie ich ulubiona piosenka „Can’t hold us”. Oboje zaczęli pierwszą zwrotkę. To było starcie, kto dłużej dotrzyma kroku Maclemor’owi. Był to świetny raper, który wyrzucał słowa z prędkością wiatru. Po raz kolejny Hermiona przegrała z Dominiciem. Zabrakło jej powietrza już w połowie.
-Jak ty to robisz? –zapytała z niedowierzaniem, podczas gdy on w mistrzowskim stylu kończył zwrotkę. Zaczął się refren i zaczęli wspólnie śpiewać, bawiąc się przy tym niczym pięciolatki. Za to go kochała. Ze przy nim mogła wrócić do dzieciństwa, czyli do beztroskich chwil.
-Jesteśmy, u lala, ale ludzi- zgasił auto a wzrok Hermiony powędrował w stronę wejścia do kina. Miał racje, ludzi było jak mrówek.
-No to, na co czekasz? –auto wypełniło się jej dźwięcznym śmiechem - kto pierwszy ten lepszy- wyskoczyła z auta biegnąc do wejścia.
-Ej! Nie było startu!-Krzyczał za nią Dominic, ale ona go zignorowała. Zamknął auto i ruszył sprintem za przyjaciółką.
Dobiegła i ledwo wyhamowała przed kolejką ludzi. Nie minęło 5 sekund, gdy poczuła jak chłopak wpada na nią z impetem.
-Dzieciuch!- Podniosła się otrzepując kolana z niewidzialnego kurzu.
-Ty się zaczęłaś ścigać!
-No i co? –Podeszła do niego podając mu pomocną dłoń gdyż nadal leżał na ziemi.
-Nico! –Kiedy stał już na równych nogach spojrzał na nią i ich spojrzenia się spotkały. Nagle oboje wybuchnęli niepohamowanym śmiechem. Ludzie spojrzeli na nich nie wiedząc, o co chodzi. Ale oni się tym nie przejmowali. Kiedy doszli do kasy poprosili dwa bilety na Bonda.
-Mają państwo szczęście to już jedne z ostatnich biletów- kasjerka podała im bilety i wskazała salę.
-Ale mamy beznadziejne miejsca! –Panna Granger była niezadowolona.
-Czym ty się przejmujesz? Załatwię nam najlepsze miejscówki – puścił jej oczko a gdy weszli na sale schodząc schodami nagle Dom się zatrzymał i pociągnął ją za rękę, aby przystanęła. Usiadł i się szeroko uśmiechnął.
-I jak ci się podobają nasze miejscówki?
-Idealne! Może nas nikt nie zdepta.
-Sarkazm i ty to złe połączenie- mocniej pociągnął ją za rękę sprawiając, że upadła mu na kolana. Postronny obserwator uznałby ich za szczęśliwą parę, ale oni byli po prostu prawdziwymi przyjaciółmi.
-Jesteś nie nor…
-Cicho, zaczyna się- uciszył ją nie dając jej skończyć zdania. Wtuliła się w jego ramię a on oparł podbródek na jej głowie i tak spędzili najbliższe dwie godziny.
-To było rewelacyjne!- Kipiała ze szczęścia.
-Najlepszy film, jaki powstał z tej serii! I te efekty specjalne…
-Co teraz? –Przystanęli i spojrzeli po sobie.
-Kąpiel! –i oboje zaczęli biec ulicami miasta ramię w ramię w tylko sobie znanym kierunku. Po dystansie około 1 km zdyszani stanęli u wrót bramy na plac gdzie stało 12 fontann, jedna koło drugiej, a woda pryskała na wszystkie strony. Zaczęli biec w sam środek przedstawienia, ściągając szybko buty i skarpetki, podczas gdy inni ludzie przyglądali się temu z dezaprobatą stojąc poza linią ognia wody. Hermiona piszcząc poślizgnęła się na mokrej płycie i leżąc na plecach śmiała się głośno przemakając do suchej nitki. Po chwili dołączył do niej Dom rzucając się na brzuch. Leżeli tak ramię w ramię obserwując gwiazdy. Wieczór był duszny, więc nie przeszkadzało im ochłodzenie w postaci lodowatej wody. Leżeli tak około dwudziestu minut. Między nimi zapanowała cisza, która nikomu nie wadziła. Każde pogrążyło się we własnych myślach. Pierwszy ocknął się Dom.
-Koniec tej sielanki! Zapraszam na gorącą czekoladę, ja oczywiście stawiam. –Podniósł się i wyciągnął do niej dłoń, którą ona ufnie ujęła i wstała.
-Prowadź!
-Przy kinie była knajpa –skierowali się w tą stronę, z której przybyli, z tym wyjątkiem, że teraz szli bardziej ponurymi i odludnionymi uliczkami, aby móc się po drodze wysuszyć za pomącą czarów. Knajpa okazała się przytulnym pomieszczeniem ze ścianami w kolorze kawowym ozdabianym przez zdjęcia retro. Czteroosobowe stoliki okalały salę, a na środku był podest, na którym grała jakaś miejscowa kapela.
-Dwie gorące czekolady z bitą śmietaną poprosimy- Dom złożył zamówienie u pulchnej, niskiej kobiety. –Mionka masz ochotę na coś jeszcze?
-Nie, dzięki.
-To wszystko, dziękujemy. –Gdy kobieta odeszła dwójka przyjaciół wdała się w rozmowę.
Kiedy Hermiona wróciła do domu dochodziła północ. Przekraczając próg zaczęła zrzucać z siebie ubrania w ekspresowym tempie. Wybiegła po schodach na poddasze w samej bieliźnie. Odkręciła kurek z gorącą wodą i czekała aż wanna się napełni. Kiedy zanurzyła się po szyje zaczęła rozmyślać, który przypadek przedstawi na konferencji, o ile wcześniej nie ucieknie. 

Otworzyła oczy i spojrzała na zegarek. 11. Podniosła się i ruszyła do łazienki. Po oknie spływały krople deszczu, a pogoda nie zachęcała do opuszczenia domu. Opłukała buzię, umyła zęby, a włosy związała w koka. Po porannej toalecie ruszyła do garderoby. Wciągnęła na siebie pierwsze lepsze spodnie a do tego założyła rozciągnięty sweter. Wszystko robiła mechanicznie, dopiero kawa postawiła ją na nogi. Na śniadanie zjadła omlet, rozmyślając, co musi ze sobą wziąć na wyjazd. Ostatecznie do walizki zapakowała dwie pary szpilek, wąską granatową sukienkę, którą włoży na konferencję oraz długą bordową suknie. Rok temu podarowali jej ją Ginny z Harrym, ale nie była do tej pory na żadnym tak ważnym i wystawnym bankiecie, więc suknia marnowała się w szafie. Dołożyła jeszcze wysokie spodnie i koszulkę nad pępek na drogę powrotną, a na wierzch wpakowała jeszcze bieliznę, kosmetyczkę i skórzaną kurtkę. Lubiła eksponować swój brzuch. Był płaski, ale nie taki jak mają anorektyczki, tylko lekko umięśniony. Lubiła o siebie dbać, dawało jej to satysfakcje i samozadowolenie. Gdy zegar wskazał godzinę 15 ubrawszy nieprzemakalny płaszcz i botki wsiadła do swojego ukochanego Aston Martina i ruszyła w stronę Dziurawego Kotła. Niecałe 15 minut później przekraczała mur dzielący mugolski Londyn od ulicy Pokątnej. Weszła do pierwszego z brzegu apartamentowca. Zapukała do mieszkania opatrzonego numerem 2. Drzwi otwarła rudowłosa dziewczyna, która rozpoznając w przybyszu swoją przyjaciółkę rzuciła się jej na szyje.
-Ginny! –Zawołała uradowana –opowiadaj jak było w Niemczech!
-Och cudownie! Mecz był rewelacyjny, tyle się działo, Krum oczywiście złapał znicza, ale wygrali zaledwie 10. punktami. –Najmłodsza latorośl Weasleyów była komentatorem sportowym, a także dziennikarką rubryki sportowej w Proroku codziennym - ale nie stój tak w progu, wchodź do środka. Czego się napijesz?
-Herbaty. Widziałaś się ostatnio z Harrym? –Hermiona przeszła do niewielkiej kuchni urządzonej w bardzo nowoczesnym stylu: metalowe blaty, ściany wyłożone czarnymi kafelkami a gdzieniegdzie fioletowe dodatki.
-Jakiś tydzień temu wpadliśmy na siebie w Niemickim ministerstwie. Wiesz jaki on jest, ciągle zabiegany.
-Rozmawialiście ze sobą? –Szatynka próbowała coś wyciągnąć od przyjaciółki na temat ich relacji, które ostatnio były bardzo burzliwe.
-Herm, mówiłam ci, że wspólnie postanowiliśmy, że zostajemy przyjaciółmi i nic więcej. No nie patrz tak na mnie! Jemu jest potrzebna kobieta, która ma podobne zapędy do niego.
-To znaczy? –Hermiona spojrzała na przyjaciółkę z ukosa.
-To znaczy kochająca kłopoty, a także mająca marzenie chronienia całego świata. –Po kuchni rozniósł się gromki śmiech obu kobiet.
-Nasz cholerny zbawiciel! A ty, na jakiego księcia czekasz? Biały rumak i te sprawy? –Ruda rzuciła Prorokiem Codziennym, który jej się napatoczył pod rękę w pannę Granger. –Za co?!
-Za żywota –zaśmiała się, będąc usatysfakcjonowana, iż celnie trafiła w bok głowy.
-A tak serio?
-Tak szczerze to sama nie wiem, kogo chce.
-A bardziej skłaniasz się ku? –Ginny spojrzała na nią, nie rozumiejąc o co jej chodzi, więc ta pospieszyła z wyjaśnieniami- no bo wiesz…
-No właśnie nie wiem.
-Ale pamiętaj, że jesteśmy przyjaciółkami i możesz mi wszystko powiedzieć. Nawet, jeśli wolałabyś kobiety i potajemnie marzyła o schadzce sam na sam na przykład z McGonagall czy coś… -Wyszczerzyła się do najmłodszej latorośli Weasleyy’ów pokazując rząd równych, białych zębów i zaczęła uciekąc do salonu.
-Ty małpo! Ja ci pokaże zaraz McGonagall! Jeszcze mnie popamiętasz! –Krzyczała goniąc przyjaciółkę dookoła ławy i sofy. Ich gonitwę przerwała melodia dobywająca się z kuchni.
-To moja komórka. To może być coś ważnego, Ginn… -Ruda jeszcze przez chwile biegała za szatynką, ale w końcu dała za wygraną, kiedy ta jej obiecała ciasto w ramach przeprosin.
-Halo?
-Hej Miona, mogłabyś do mnie wpaść?
-Dominic? Czy coś się stało? –Dziewczyne zaniepokoił trzęsący się głos dobiegający ze słuchawki.
-Proszę, przyjedź.
-Będę za 5 minut. –Hermiona rozłączyła i szybko wrzuciła komórkę do torebki zarzucając ją sobie na ramię. –Ginny przepraszam, Dominic dzwonił. Coś jest nie tak. –Dała jej buziaka na pożegnanie-Jeszcze raz przepraszam.
-Nic się nie stało, pa. –Ruda ciepło uśmiechnęła się ostatni raz do przyjaciółki i zamknęła za nią drzwi mieszkania.
                Szatynka wybiegła z apartamentowca udając się w głąb ulicy Pokątnej. Kiedy była przy lodziarni Floriana Fortescue, skręciła w niewielką uliczkę, wzdłuż której znajdowały się identyczne domy. Przystanęła przed drzwiami trzeciego po prawej i zapukała. Drzwi otworzył starszy mężczyzna, którego pierwszy raz widziała na oczy.
                -Dzieńdobry, nazywam się Hermiona Granger. Ja do Dominica.
                -Panicz Salvador oczekuje pani w swojej sypialni. Proszę za mną. –Szatynka była w niemym szoku, nigdy nie widziała u swojego przyjaciela w domu lokaja, a bywała tu często.
                -Dziękuję, ale sama sobie poradzę-lekko się do niego uśmiechnęła i nie czekając na odpowiedź w biegła po schodach na piętro, rzucając jeszcze przez ramię zaciekawione spojrzenie w stronę mężczyzny. Kiedy lekko uchyliła drzwi sypialni, ujrzała stojącego do niej bokiem młodego Boga, któremu nie jedna kobieta nie mogła się oprzeć. Jego wzrok był pusty, a z twarzy odpłynęły wszelkie emocje. Hermiona zbladła, jeszcze nigdy nie widziała go w takim stanie. Podeszła i ujęła jego dłoń, ściskając ją, dając równocześnie znak, że tu jest i może na nią liczyć. On jednak stał i nawet nie spojrzał na kobietę obok. Jedyną jego odpowiedzią były zaciśnięte palce na jej drobnej dłoni. Stali tak, a sekundy mijały, zamieniając się w minuty. W końcu chłopak wziął głęboki oddech i się odezwał.
                -Moja matka nie żyje. –Hermiona doskonale rozumiała jak się w tej chwili musi czuć. Sama w końcu straciła rodziców siedem lat temu, nie potrafiąc przywrócić im pamięci. Podeszła bliżej i mocno przytuliła postawnego mężczyznę, który teraz wydawał się taki bezbronny. Stali tak chwile poczym pociągnęła go w stronę łóżka. Leżeli, wtuleni w siebie w zupełnej ciszy. Hermiona wiedziała, że on teraz potrzebuje bliskości a nie słów pocieszenia i ciągłego powtarzania „będzie dobrze”. Nie naciskała również próbując dowiedzieć się, co właściwie się stało. Gdy będzie gotowy wyrzucić to z siebie po prostu to zrobi.
                -Jutro mieliśmy wspólnie podbijać Stany. –Hermiona uświadomiła sobie, że w zaistniałej sytuacji oczywistym jest, że Dominic nie pojedzie tam z nią. Jej myślami zawładnęły okropne scenariusze jak jutro robi z siebie pośmiewisko i nie będzie przy niej żadnej bratniej duszy. Nikogo. –Przepraszam cię, sam nas w to wkopałem a teraz… -I wtedy przyszło opamiętanie. Zrugała się w myślach, jaką jest egoistką. Zadzwonił do niej przyjaciel, którego matka nie żyje i potrzebuje wsparcia a ona myśli o sobie.
                -To ja przepraszam. Powinnam tu być przy tobie jutro. Mną się nie martw, dam sobie radę, będę myśleć o twoim związku z Weltem, to mnie od razu odpręża! –Chłopak zaśmiał się, osiągnęła swój cel.
                -I mówią, że to faceci są zboczeni, a idealna pani ordynator ma zamiar opowiadając o swoim fascynującym przypadku myśleć o fiku miku w gabinecie dyrektorskim. –Po chwili na twarzy chłopaka wylądowała poduszka. –Ej ej ej ja tylko powtarzam, co słyszałem!
                -Ale to ty masz finezje na temat naszego pana dyrektora! –Puściła do niego oczko uchylając się przed poduszką.
                -Dobra, koniec tego! Zostawmy moje życie intymne. Spakowana już jesteś?
                -Tak, musze jeszcze tylko do torebki wrzucić parę rzeczy, żeby się przebrać po dyżurze w jakieś sensowne ciuchy do samolotu, bo lecę z tymi wszystkimi szychami.
                -Jak to po dyżurze? –jego prawa brew powędrowała do góry.
                -A tak to, że o 18 zaczynam swoją zmianę.
                -Ale ty jutro o 7 wylatujesz do Ameryki! –Jego głos był pełen dezaprobaty.
                -Już dwa tygodnie temu sama się wpisałam w grafik, bo Klara idzie na kolacje ze swoim mężem, który bardzo prawdopodobne, że się jej dziś oświadczy. – Mówiła powoli, tłumacząc jak małemu dziecku.
                -Jutro masz być cały dzień na nogach.
                -Dom, nie martw się, prześpię się w samolocie.
                -Masz półtorej godziny do dyżuru, jedź do domu i się skończ pakować. –Powiedział zrezygnowany. Po dwóch latach znajomości wiedział, że i tak nie zmieni zdania i nie ma, co próbować.
                -Zostanę jeszcze trochę z tobą. –Wtuliła się w jego klatkę piersiową. Cieszyła się, że choć trochę oderwała jego myśli od przykrych wydarzeń tego dnia. Leżeli tak, aż zegar wskazał 17.15.
                -Koniec tego dobrego moja panno, właśnie wypraszam cię z mojego domu. -Podniosła się do pozycji siedzącej i spojrzała na niego unosząc brew, tak jak to on miał w zwyczaju. –O mnie się nie martw dam sobie radę, jestem już duży. –Pociągnął ją za rękę i poprowadził do wyjścia. –Jedź, spakuj się, ZJEDZ COŚ –zaakcentował – i jutro daj czadu. –Dał jej buziaka w policzek promiennie się uśmiechając.
                Zajechała pod dom swoim Aston Martinem. Gdy wpadła do środka wrzuciła szybko do torebki czarne spodnie i białą koszulę, wzięła szybki prysznic i przyodziała do pracy czarną sukienkę do kolan. Biorąc walizkę skurczoną do rozmiarów podręcznego bagażu i torebkę, teleportowała się pod szpital. Kiedy przekroczyła próg, pech chciał, że wpadła prosto na Samuela Welta.
                -Hermiona? A co ty tu robisz? Przecież jutro wyjeżdżasz. –Dyrektor nie krył zdziwienia.
                -Jutro rzeczywiście wyjeżdżam, ale teraz a dokładnie-spojrzała na swój zegarek- za dwie minuty zaczynam dyżur.
                -Ty w weekendy nie pracujesz.
                -Dwa tygodnie temu wpisałam się do grafiku, jak nie wierzysz to idź sprawdź. A teraz jeśli pozwolisz, spieszę się. – Odeszła nie czekając jego reakcje. Obawiała się, że z tego mogłaby wyniknąć afera.
                Obchód minął bez większych problemów. Hermiona zajęła się kartami pacjentów, których dzisiaj przyjęto. Było ich całkiem sporo. Cztery przypadki odłożyła na bok. Musiała je głębiej przeanalizować. Około północy do jej gabinetu wpadła Sara-młoda pielęgniarka, która pani ordynator polubiła od pierwszego spotkania.
                -Mam dla ciebie kawę-uśmiechnęła się dziewczyna-przepraszam, że bez pukania, ale nie miała wolnej ręki.
                -Przysłali cię z nieba! Jesteś moim Bogiem. –Wzięła kubek i zaczęła konsumować jego zawartość. –Strasznie dzisiaj spokojnie.
                -To fakt, ale podobno przez dzień był niezły harmider.
                -Widzę właśnie, nazbierało się trochę tego-wskazał na stos dokumentów.
                -Ciekawe jak tam nasza Klara! –zawołała z entuzjazmem-miejmy nadzieje że jej noc jest ciekawsza od naszej.
                -O to bym się nie martwiła- zaśmiała się- ale wszystkiego dowiemy się dopiero w poniedziałek!
                -A właśnie słyszałam, że wyjeżdżasz?
                -Tak, ale –nie skończyła dokończyć bo do gabinetu wpadła zdyszana starsza pielęgniarka- Anastazja.
                -Pani doktor! Szybko! –Kobieta jak szybką się pojawiła tak i szybko zniknęła, a Hermiona za nią.
                -Co się stało? –widząc pacjenta na kozetce w Sali przyjęć w tragicznym stanie od razu zaczęła go badać, przy okazji słuchając, co się wydarzyło.
                -Najprawdopodobniej jest to dwudziestoośmiolatek, pochodzi z arystokratycznego rodu. Został porwany dwa tygodnie temu o ile to on.
                -To wygląda na skutek tortur. –Zaczęła wykonywać zwinne ruchy różdżką szepcąc pod nosem przeróżne zaklęcia. W pewnym momencie jego klatka piersiowa przestała się unosić, a Hermiona zaczęła reanimować chłopaka w mugolski sposób.
                -Anastazjo na trzy rzucisz zaklęcie pobudzające w stronę serca – raz, dwa, trzy! –Szatynka nie widząc żadnego rezultatu powtórzyła tą akcje wspólnie z pielęgniarką jeszcze trzy razy, po czym w końcu chłopak znów zaczął samodzielnie oddychać. Hermiona nie tracąc czasu podała mu tlen i zaczęła opatrywać wszystkie rany, rzucając przy okazji antyzaklęcia. Wszystkie jego kończyny były obandażowane, a żebra połamane. Hermiona wlewała, co jakiś czas jakiś eliksir do jego ust. Około 6 jego stan był stabilny, a Hermiona mogła odetchnąć. Anastazja poklepała ją po ramieniu.
                -Gratuluje, dzięki tobie ten chłopak będzie żył. –Szatynka uniosła kąciki ust lekko ku górze, na więcej nie miała siły. Uzupełniła jego kartę, zapisując wszystkie instrukcję dla kolejnej zmiany. Kiedy skończyła spostrzegła, która jest godzina. Szybko pognała do swojego gabinetu, sprzątnęła wszystkie rzeczy na biurku wysyłając za pomocą zaklęcia na swoje miejsce. Wzięła w szpitalnej łazience dla personelu ekspresowy prysznic i się przebrała z zakrwawionych rzeczy. Umyła zęby, poprawiła makijaż i zabierając walizkę teleportowała się pod zapisane w teczce lotnisko. Spojrzała na zegarek- 6.45. Jest spóźniona. Powinna tu być piętnaście minut temu. Zdziwiła się widząc, że to prywatne lotnisko. Na zdjęciu potrzebnym, żeby widziała gdzie się ma teleportować, było widać tylko niewielką salę odpraw, ale wcześniej nie zwróciła na to uwagi. Kiedy przekroczyła próg podeszła do niej niska blondynka i zielonym uniformie ze srebrnym logo FAIRair. Nikogo poza nimi i dwóch pozostałych osób z obsługi tam nie było.
                -Panna Granger?
                -Tak, ja na lot do Ameryki, który… -Kobieta nie dała jej skończyć.
                -Proszę za mną. Wszyscy już są, czekamy tylko na panią.
                -Ja prze- i znów nie dała jej dokończyć.
                -Nic się nie stało –uśmiechnęła się do niej ciepło. –Ważne, że pani dotarła. -Wyszły na płytę lotniska gdzie czekał niewielki samolot. Wzdłuż jego boków również było logo linii lotniczych. Hermiona już je kiedyś gdzieś widziała, ale nie mogła sobie przypomnieć gdzie. Wsiadła do samolotu, miejsce obok niej było wolne.
                -Dominic. Teraz powinniśmy siedzieć tu razem. –Pomyślała. Zajęła swój skórzany fotel po tym jak jej bagaż wylądował w luku. Z kokpitu wyłoniła się sylwetka dobrze zbudowanego mężczyzny w zielonym mundurze pilota ze srebrnymi wstawkami i logiem. Zdjął rogatywkę pilota odsłaniając swoje rozczochrane platynowe włosy, a błękitno szare oczy zaczęły prześlizgiwać się po pasażerach zatrzymując na chwile na szatynce, której szczęka właśnie uderzyła z niemym łoskotem o ziemie.
                -Malfoy-pomyślała.

                

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz