niedziela, 11 stycznia 2015

1. Ona



Z parterowego domku leżącego na obrzeżach Londynu, wyszła szatynka ubrana w czarne dżinsy oraz koszule w cętki.  Do tego założyła czarne szpilki, które dawały jej 170 cm wzrostu. Strój niby zwyczajny jednak w połączeniu z jej dużymi czekoladowymi oczami sprawiał wrażenie, iż porównywało się ją do dzikiego kota. Wsiadła do swojego Aston Martina DBS Volante. Uwielbiała to auto. Był upalny dzień, więc opuściła dach. Gdy wyjechała na ulice jej włosy rozwiał wiatr. Uwielbiała przepełniające ją uczucie wolności, którą dawała jej szybka jazda, a muzyką dla jej uszu był cichy pomruk silnika.
Kabriolet zaparkowała na parkingu sąsiadującym z domem towarowym Purge & Dowse Ltd, a następnie szybkim krokiem ruszyła do wystawy z manekinem. Poczekała aż uliczka opustoszeje i przekroczyła szybę, by po chwili znaleźć się w zatłoczonym korytarzu. Bardzo dobrze znała to miejsce. Było dla niej drugim domem. Udała się do gabinetu lekarskiego na IV piętrze, który należał tylko i wyłącznie do niej. Tabliczka na drzwiach głosiła „Ordynator oddziału urazów pozaklęciowych, Hermiona Granger”. Założyła fartuch, zmieniła buty i zaczęła swój codzienny obchód. Dzień zapowiadał się spokojny. Najpierw odwiedziła pięcioletnią Kate, która dwa tygodnie wcześniej dotknęła czarno magicznej czaszki u dziadka w pokoju. Do Munga trafiła w stanie krytycznym, ale Hermiona się nie poddała i teraz mogła podziwiać owoce swej pracy. Porozmawiała chwile z dziewczynką o jej rysunkach, które leżały na stoliku nocnym, a następnie przeszła do kolejnych pacjentów między innymi dwóch aurorów.
                -Dzień dobry pani doktor- brunet próbował się do niej czarująco uśmiechnąć, co dawało komiczny efekt gdyż nie miał dwóch jedynek, a miał dziąsła wysmarowane zieloną mazią.
                -Ślicznie pani wygląda- bajerował ją jego kolega, który nie miał problemów z uśmiechem i gdyby się mu przyjrzeć to był naprawdę przystojnym mężczyzną. Miał lekki zarost i czarne włosy sięgające ramion.
                -Dzień dobry chłopaki, dzięki Mike, ale ja tu przyszłam pracować a nie słuchać komplementów, więc pokaz te twoje dłonie. –  zdjęła bandaż a następnie oznajmiła fachowym tonem, że za najpóźniej trzy dni będzie mógł opuścić szpital gdyż rany goją się bardzo szybko.- Leo widzę, że zęby zaczynają odrastać, masz nauczkę żeby nie obrażać starszych czarownic.
                -Ja tylko chciałem się dowiedzieć gdzie jest jej syn! – Zaperzył się.
                -Jak widać w bardzo uprzejmy sposób- zaśmiała się si ę dźwięcznie opuszczając sale. Ruszyła do swojego gabinetu, aby spisać postępy u pacjentów w ich aktach. Po drodze wzięła jeszcze korespondencje z rejestracji i plik dokumentów do uzupełnienia. Lubiła wszystko robić na bieżąco aby nie mieć zaległości. Uporanie z papierkową robotą zajęło jej dwie godziny. Potem skierowała swoje kroki na II piętro, gdzie znajdował się oddział zakażeń magicznych. Zapukała do drzwi z tabliczką ordynator i słysząc proszę weszła do pokoju praktycznie identycznego jak ten dwa piętra wyżej, który należał do niej. W zasadzie różnica była jedna. U niej wszystko miało swoje miejsce, a tu papiery leżały rozrzucone na parapecie, biurku i stoliku z ekspresem do kawy. Na widok szatyna o niebieskich oczach od razu szeroko się uśmiechnęła.
                -Miona!- Mężczyzna wstał i dopadł ją w dwóch krokach całując w policzek na przywitanie.
                -Hej Dom. Przyszłam cię porwać na 15 minut do tego nastolatka- Hugo.
                -A ja myślałem, że przyszłaś do mnie, jako wspaniałego przyjaciela, aby umilić mi czas.- Zrobił smutną minę, ale Hermiona wiedziała, że on tylko żartuje.
                -Nie, a poza tym z tego, co widzę jesteś zakopany w papierach po uszy.
                -Per idealna, biurko mam do pasa a dalej papiery nie sięgają –puścił jej oczko.
                -Żart ci się coś ostatnio wyostrzył- lubiła sprzeczki z nim. Były takie ich i nikogo więcej. –Rusz swoje kościste cztery litery i chodź do Hugona, bo dzień jest krótki a na ciebie czeka i już tęskni za tobą stos przyjaciół zwany papierami. I jeśli już zdążyłeś zapomnieć to dziś jest premiera Bonda!- popchnęła go w stronę drzwi, więc ruchy!
                -To klasyka kina akcji! W życiu bym go nie przegapił!- Spojrzał na nią jakby była chora psychicznie.
                -Nie patrz tak na mnie! Ja za ciebie tych dokumentów nie wypełnię, a z tego, co wiem to w poniedziałek mamy zdać wszelką dokumentację z grudnia Weltowi.  –jej protekcjonalny ton widać zadziałał automatycznie, bo Dominic wydłużył krok i już dochodzili do Sali nr 15.
                -Od razu lepiej- uśmiechnęła się do niego złośliwie.
                -Właściwie, dlaczego sama go nie zbadasz? Ni jestem ci tam do niczego potrzebny.
                -Bo regulamin mówi, że przy badaniu musi być obecny uzdrowiciel z oddziału, na którym leży pacjent.
                -Jak zwykle wszystko perfekcyjne i poukładane u pani doktor Granger. I padło na mnie.
                -Też cię kocham- dała mu buziaka w policzek i weszła do Sali. Na łóżku leżał osiemnastoletni czarodziej, którego całe ciało było pokryte wielkimi bąblami. Równie dobrze mógł teraz leżeć tu i czekać aż zniknie zielona wysypka, która jest skutkiem choroby skonfungulusa, ale chciał za wszelką cenę sam sobie z tym poradzić, co w efekcie dało tragiczny efekt.
                -Cześć, jak się masz? –Uzdrowicielka podeszła do chłopca i zaczęła sprawdzać wszystkie jego parametry życiowe wspomagając się wynikami z całej ostatniej doby by je porównać.
                -Dzień dobry. Nie chce być nie miły, ale to pytanie jest trochę nie na miejscu -odpowiedział naburmuszonym tonem.
                -Nie chcesz, ale jesteś- Dominic wtrącił się do rozmowy uśmiechając się do niego jednak jego oczy i głos zdradzały jego rzeczywisty stosunek do chłopca. – A tym bardziej jesteśmy w szpitalu więc to pytanie jest jak najbardziej na miejscu. Nie trzeba było się bawić we wszechwiedzącego medyka to teraz leżąc tu oczekiwałbyś już wypisu.
                -Dom –pani ordynator przerwała jego monolog karcącym głosem- cieszy mnie, że ty byłeś taki święty w jego wieku.- Od razu zrozumiał aluzje, że jeśli zaraz nie skończy tego przedstawienia to będzie ją miał na karku całe popołudnie i jeszcze będzie musiał przepraszać tego dzieciaka, więc usunął się w głąb Sali i przysiadł na fotelu przyglądając się przyjaciółce i jej profesjonalizmowi, oraz płynnym ruchom, pełnych gracji.
                -Bardzo cię boli, gdy naciskam?- Założywszy rękawiczki ochronne ucisnęła jeden z bąbli na dłoni, na co chłopak ostentacyjnie się skrzywił.
-Pani pyta czy to boli? Ja wyglądam jakbym się ubrał w kafle do quidicha! Mogłaby pani w końcu cos z tym zrobić?! –Chłopak podniósł głos. Dom postanowił nie wtrącać się. Poznał tą kobietę bardzo dobrze przez dwa lata i wiedział, że nie da się nikomu znieważyć.
-Cieszy mnie, że czujesz się na tyle dobrze by krzyczeć w szpitalu. Wnioskuje po tym że możemy odstawić eliksiry przeciwbólowe- Hugo śledził jej ruchy dłonią kiedy wykreślała coś z karty.-hmm, myślę, że możemy w takim razie zacząć stosować drastyczniejsze środki. Może wyciąg z krwi smoka będzie w porządku, co ty na to Dom?
-Co to jest? –Zapytał z pogardą nastolatek. –Kolejne nieskuteczne łajno?- Uzdrowicielka była zszokowana jego zachowaniem, ale z drugiej strony pochodził z arystokratycznej rodziny. Od razu Hermionie stanął przed oczami Malfoy. Zachowywał się identycznie, czyli jak zadufany egoista, który wszystko wie i umie najlepiej.
-Coś w tym stylu. Bąble zaczną pękać. Podobno to jedyny bolesny moment w całej kuracji i trwa tylko 72 godziny. – Mówiąc przesłodzonym tonem uśmiechnęła się do niego sztucznie. Cała sceneria w jej wykonaniu wyglądała groteskowo. –To już wszystko na dziś. –Dodała na odchodne.
-No to sobie nagrabiłeś. –Dan idąc w jej ślady skwitował tą sytuacje szeptem tak, aby usłyszał to tylko Hugo. Wiedział, że chłopak jest arystokratą, zresztą tak samo jak on, z tym wyjątkiem, że jemu nigdy nie wpajano żadnych hierarchii w świecie czarodziejów.
-Chyba ci trochę puściły nerwy –zaśmiał się do niej złośliwie będąc dumnym, że choć raz to on może wypomnieć to jej.
-Nie zauważyłam- emanowała stoickim spokojem. Był zdziwiony, że mu się w żaden sposób nie „odgryzła”.
-Skazałaś go na piekło i mówisz o tym tak spokojnie? – w tym momencie diametralnie zmieniła wyraz twarzy na szeroki uśmiech. Trochę go to wystraszyło. Ta kobieta była nieprzewidywalna. Podała mu kartę, którą kreśliła jeszcze parę minut temu. Wyglądała tak samo jak przed wejściem do sali, dopiero po chwili zauważył dopisek na dole, 11 leki uspokajające, powód: pacjent na wizycie w stanie trzeźwym nie jest zdolny do badania.
-Nie jestem wiedźmą. Ułatwię sobie i jemu życie.
-A już liczyłem, że choć raz dasz się wytrącić z równowagi. –w jego głosie dał się słyszeć wyraźny zawód.
-Nie tym razem. –Mrugnęła do niego figlarnie.
-Panie ordynatorze! –Przystanęli i zwrócili się w kierunku, z którego dobiegał głos. Okazało się, że to jedna z pielęgniarek biegnie w ich stronę. –Szukałam pana po całym oddziale.
-O co chodzi Suzan?
-Dyrektor pana wzywa. Mówił, że to pilne.
-Okej, już idę- gdy kobieta odeszła Hermiona zaczęła się śmiać.
-Czyżby dywanik?
-Nie to pewnie przedwczesne wybory miss medyka o najpiękniejszym uśmiechu. –Wyszczerzył do niej swoje śnieżnobiałe i idealnie równe zęby.
                -Głupek!
                -Nawet dyrektor wzdycha na mój widok, ale nie wiedziałem, że tak szybko będzie chciał sam na sam- szepnął do niej konspiracyjnie.
                -Z tego, co wiem to on ma dziewczynę, ale kto wie- zachichotała.
                -Dobra piękna, lecę. Pa! -Dał jej buziaka, po czym rozeszli się w dwie różne strony.
Co było rzadkością, dzisiaj nie przybył na oddział panny Granger żaden nowy pacjent, w związku, z czym większość czasu spędziła w Sali Kate dotrzymując jej towarzystwa. O godzinie 17 wpadł do niej Dom przynosząc sałatkę z kurczakiem- jej ulubione danie z pobliskiej knajpy.
-Jadłaś dziś coś w ogóle? –Zapytał z troską w głosie.
-Tak, ale tej sałatce nie ma się to jak równać. –Wiedział, że próbuje powoli ukierunkować rozmowę na inny temat. Zawsze stosowała tą sztuczkę.
-A co jadłaś?
-Kanapki.
-Och naprawdę?
                -Och Dominic nie czepiaj się już tak! Naprawdę dziś zjadłam około 14 kanapki. Miała dziś strasznie luźny dzień, a papiery wszystkie mam wypełnione, więc siedziałam z Kate i kiedy jadła obiad to wzięłam z niej przykład. Czy jest pan zadowolony z takiej odpowiedzi?
                -Powiedzmy, że tak – uśmiechnął się ciepło. – A tak w ogóle dyrektor kazał mi przekazać, żebyś przyszła do niego pod koniec dyżuru.
                -W jakim celu? I po co ty u niego byłeś?- Na jego twarz wypłynął tajemniczy uśmiech.
                -Pójdziesz to się dowiesz.
                Kiedy na zegarze spostrzegła godzinę 17.30 ruszyła  w stronę gabinetu dyrektora. Zapukała i słysząc proszę przekroczyła próg. Za potężnym biurkiem siedział trzydziestoośmioletni mężczyzna- Samuel Welt. Przystojny brunet, na którego widok wzdychały wszystkie kobiety w tym szpitalu z wyjątkiem tej, która teraz stała naprzeciw jego biurka. I za tą ją cenił.
                -Dzień dobry, wzywałeś mnie? -byli dobrymi znajomymi. Niekiedy nawet chodził z nią i Dominic'iem do baru po pracy. Cenili się wzajemnie i mieli do siebie szacunek. Tyle wystarczyło aby zaistniała pomiędzy nimi nic sympatii, która przerodziła się w ciągu roku w coś na kształt przyjaźni.
                -Praca pracą, ale to dzień dobry mogłaś sobie darować. Czuje się jakbym miał 60 lat.
                -Oj tam nie przesadzaj! Do sześćdziesiątki brakuje ci jeszcze dwudziestu ośmiu lat- puściła mu oczko, na co on się roześmiał.
                -Jak zawsze umiesz pocieszyć! A tak w ogóle może wiesz, o co chodziło, bo przyszedł to Salvador i gadał coś o sam na sam.- Hermiona wybuchnęła śmiechem. –czyli wiesz, może się ze mną podzielisz tą jakże ciekawą informacją?
                -Dom stwierdził, że zmieniłeś orientacje i wzywasz go na małe, co nieco-odpowiedziała mu gdy się nieco uspokoiła.- A i jeszcze liczył na puchar za najwspanialszy uśmiech, który mu wręczysz- znów zaczęła się krztusić śmiechem.
                -No to się chłopak zawiedzie. –Udał zasmuconego. –Ale przejdźmy do konkretów. W niedziele jest konferencja w Stanach. –Hermionie mina zrzedła.
                -Nie, proszę cię tylko znowu nie to!
                - Zjadą się specjaliści z całego świata, więc ciebie nie może zabraknąć.
                -Nie możesz wysłać kogoś innego? Na przykład Green’a albo Fort’a?
                -Ty jesteś najlepsza, a poza tym oni też jadą i dlatego ty tym bardziej masz tam być!
                -Sam, zlituj się nade mną!
                -Nie, spójrz na to z innej strony! Wreszcie pojedziesz na konferencje razem z Domem, wierze w to, że wspólnie nie będziecie się nudzić. –Zauważył wahanie na twarzy Hermiony i dał jej chwile, aby przemyślała wszystkie za i przeciw.
                -No dobrze. –Samuel wreszcie odetchnął z ulgą. Bał się, że dziewczyna się zaprze i nie pojedzie.
                -Czyli się zgadzasz?
                -Chyba tak.
                -Wylot jest w niedziele o 7 rano. Będą się teleportować do Londynu lekarze z zachodniej Europy. Będzie was około 50. Polecicie prywatnym samolotem. Tu masz teczkę ze wszystkimi potrzebnymi danymi biletem i identyfikatorem.
                -Widzę, że tak naprawdę to jest to postanowione od dawna a ja nie mam nic do gadania –uśmiechnęła się do niego- wielkie dzięki! Gdy już się podnosiła, aby wyjść Sam ją jeszcze zatrzymał.
                -Na konferencji będziesz jednym z wykładowców. Będziesz reprezentować Wielką Brytanie.- Przygotował się na wybuch ze strony kobiety i się nie pomylił.
                -Że co?!
                -No tak. Rozmawiałem z Domem i powiedział, że dasz radę.
                -Rozmawialiście o mnie za moimi plecami?! Ja nigdzie nie wystąpię publicznie! Wiesz, że się stresuję! Jak Dom jest takim chojrakiem to niech wystąpi!
                -Miona masz opowiedzieć o wybranym przypadku, najciekawszy, jaki miałaś do tej pory a zarazem najtrudniejszym. Nie ma tu lepszego uzdrowiciela od ciebie!
                -Sam! Nie schlebiaj mi tu, bo ci to nie pomoże! –Czuł, że jest na przegranej pozycji. Musiał wykorzystać swoją pozycje, choć starał się to odwlekać jak najdłużej.
                -To polecenie służbowe. Rano wylecicie popołudniu dasz wykład i przez trzy kolejne dni będą różne praktyki, w których można bezpłatnie uczestniczyć. W niedziele wieczorem jest bankiet, na którym również się zjawisz. –Zamurowało ją, ale postanowiła wyjść z tej sytuacji z twarzą.
                -W niedziele będę i zrobię, co mi kazałeś-nie chciał by to zabrzmiało jak nakaz, zabolało to zarówno jego jak i ją- a w poniedziałek wracam. Szpital nie może zostać bez żadnych ordynatorów a na Green’a albo Fort’a nie ma, co liczyć, bo oni na pewno nie zrezygnują z płatnego urlopu. Tego nie możesz mi zabronić gdyż w poniedziałek mam normalnie dyżur a nie przypominam sobie żebym brała chorobowe lub coś podobnego.
                -Dobrze.
                -Jeśli to wszystko to ja już pójdę.
                -Wiesz, że tego nie chciałem. Przepraszam.
                -Do widzenia dyrektorku –jej kąciki ust lekko uniosły się ku górze.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz